Upał lał się z nieba niczym najbardziej zdradliwy deszcz. Pomimo zbliżającego się wieczoru, pogoda nie zamierzał nikomu odpuścić dziennej dawki słońca, doskonale wiedząc, że trzecia część ludzkości wolała kryć się przed nim podczas skwarnego południa. Jadącemu pustym wozem rolnikowi pozostało dziękować, że szlak ku stolicy wiódł go przez leśne ostępy, gdzie drzewa nieugięcie walczyły z promieniami ognistej kuli. Zbójców nie miał się po co obawiać - ani on, ani wóz, ani ciągnąca go poczciwa szkapa nie posiadali niz wartościowego. Ponadto w tej części lasów nie odnotowano od dawna żadnego przypadku napaści na podróżnych, zarówno ze strony ludzi jak i zwierząt. Było tu pusto. Tylko śpiew ptaków dawał znać o istnieniu jakiegokolwiek życia.
Widok innych podróżnych raczej by mężczyzny nie zdziwił. W końcu nie tylko on miał tyle oleju w głowie, by wybrać stary szlak zmiast głównego traktu. Szczycił się co prawda sławą najkrótszej drogi do stolicy, lecz także zdecydowanie bardziej narażonego na bandytów, tłoki w pobliżach miast, a także, co za tym idzie, irytujące towarzystwo napuszonych mieszczan, nie będących jeszcze szlachtą, ale stojących wyżej od reszty, o czym nie zapomną ci przypomnieć co drugie zdanie. Mimo świadomości, że nie jest pierwszym ani ostatnim na tej drodze, w życiu nie spodziewałby się tak niecodziennej pary włóczęgów, na jaką trafił tamtego popołudnia...
Poboczem szedł wysoki mężczyzna, a obok niego pod rękę niższa o półtorej głowy kobieta. Pierwszym, co zwróciło uwagę były długie płaszcze z błyszczących piór, spływające niemal po ziemię z ramion nieznajomych. Na podobne pozwolić mogło sobie tylko zamożniejsze małżeństwo. Fakt ten nie nastawiał chłopa pozytywnie do spotkania. Gdy jednak zbliżył się trochę bardziej, dostrzegł dwa raczej istotne szczegóły: zdeformowane stopy z wysoką piętą, opatrzone ptaisimi pazurami, oraz długie, szpiczaste uszy, które zadrgały słysząc zbliżający się wóz. Para odwróciła się. Teraz miał już pewność, że nie byli to znani mu mieszczanie - raczej mało ludzi stroiło się w ptasie czaszki. Mężczyzna uśmiechnął się na widok wozu, powiedział coś do towarzyszki i zatrzymali się, czekając aż woźnica się z nimi zrówna. Rolnik doskonale rozumiał przekaz, podobna sytuacja spotkała go już niejednokrotnie. Zaraz zostanie poproszony o podwiezienie do stolicy. Rozważył więc za i przeciw towarzystwu ekscentrycznych włóczęgów, po czym stwierdził, że chyba nie mają w zamiarach mu zaszkodzić. Nie wypadało więc bez zatrzymania jechać dalej udając, iż nie dostrzegło się pary wystrojonych jak cyrkowcy nieludzi. Było to bynajmniej nieuprzejme.
- Dzień dobry, poczciwy człowieku! - przywitał się z uśmiechem nieznajomy. Czerwonowłosa kobieta zmierzyła go natomiast ognistym wzrokiem, nie wydawała się jednak nieufna. To była czysta ciekawość. Płonące tęczówki błyszczały ciepłem, nie groźbą pożaru.
- A bardzo dobry - odpowiedział woźnica przyjaźnie, zatrzymując się. Pogodna postawa tej dwójki napawała go dobrym przeczuciem. - Tak barwnych drogowskazów jeszcze na tym szlaku nie widziałem. Stoicie tu w jakimś celu?
- Spacer bez celu wydaje się zgoła korzystniejszą opcją, niż stanie również pozbawione sensu. W pierwszym przypadku przynajmniej się poruszamy naprzód, a to zawsze do czegoś prowadzi, nieprawdaż? - stwierdził ptakoczłowiek.
- A prawdaż - zgodził się chłop. - Gdzie więc prowadzi kogo i po co? - dodał, znacząco kiwając głową w stronę swojego rozmówcy.
- Pan wybaczy, zapomnieliśmy się...
Para ukłoniła się równocześnie, odchylając elegancko po jednej ręce na bok. Ku wielkiemu zaskoczeniu razem z nimi odchyliły się lekko domniemane ,,płaszcze”...okazując się skrzydłami. Mężczyzna posiadał prawe, kobieta lewe, jakby podkreślając dlaczego nie podróżują w pojedynkę. O skrzydlatych ludziach niejedno już przyszło prostemu rolnikowi usłyszeć, ale o ludziach posiadających tylko po jednym skrzydle? Mimo cisnącego się na usta głupiego pytania o brak drugiego postanowił się ugryźć w język. Nie miał zielonego pojęcia, czy według ich zwyczajów to obraźliwe czy nie, ale wolał nie ryzykować. Gdyby nie miał jednej nogi i ktoś na upór pytał co mu się stało, raczej szybko straciłby cierpliwość.
- Serkage Ossova... - przedstawił się mężczyzna.
- ...i Rhenawedd Ossova - dodała kobieta.
- Mnie zwą Sancho - odparł rolnik. - A niesie was...?
- Do stolicy, mości panie. Ten szlak chyba tylko w jedną stronę wiedzie - pośpieszył z wyjaśnieniami Serkage. - Celu zdradzić ci nie mogę, albowiem sam go nie znam. Następnego też znać nie będę.
- Czyli artyści? - odgadł Sancho.
- Och, czyli nie pierwszy raz pan to słyszy? - na twarzy Rhen zagościło rozbawienie. Kage chyba jej poglądu nie podzielał. Skrzywił się lekko, zakładając ręce na piersi i mruknął coś o braku oryginalności i kradnięciu cudzych pomysłów.
- Kursuję wtę i z powrotem właściwie co tydzień, pani Ossovo - odpowiedział chłop. - Do Munsontulso pełno wam podobnych ciągnie. Z tym, że oni nie zamierzają wracać, dobitnie przekonani o pewności swojego sukcesu, biedaki. Smutny ich los musiał spotkać.
- ,,Usiedlony artysta”... - Kage przemielił te dwa słowa między zębami.
- To samo w sobie brzmi smutno - Rhenawedd aż wzdrygnęła się lekko. Nie wyobrażała sobie występować w jednym miejscu dzień w dzień, przed tą samą publicznością, na tej samej scenie. Urok spotykania takiej samej widowni polegał na tym, że zdarzało się to rzadko. Jeśli by tak ktoś w ciągu jednego tygodnia widział wszystkie choreografie i usłyszał większość repertuaru, pokazy zrobiłyby się powtarzalne, a także (broń Luninie) nudne.
Sancho kiwnął głową w zupełności się z nią zgadzając, po czym obejrzał się na leniwie kierujące się ku zachodowi słońce. Na niebie pojawiły się jednak złowróżbne chmury, co nie było niczym niesamowitym, wszak to po największych upałach przychodziły najgorsze burze.
- Chyba nie przystanąłem tu, by gadać z wami o trudach twórczego fachu? - zauważył. - Jeśli tak to wybaczcie, ale dnia całego nie mam, a godzinę drogi stąd jest gospoda, w której muszę się zatrzymać na noc. Jutro z rana ruszam dalej, do Munsontulso. Jeśli więc macie w zamiarze rozwijać ten temat, obawiam się, że będziecie skazani na jazdę na wozie w towarzystwie okropnego dziada i szkapy.
- Dziękujemy z całego ptasiego serca, panie Sancho - Ossova pokłonił się, uznając słowa rolnika za przyzwolenie. Z łatwością wskoczył na wóz i podał dłoń ukochanej, która wsiadła za nim z równie wielką gracją.
Chłop cmoknął na klacz i wóz ruszył. Rhena swoim zwyczajem usiadła po prawej partnera. Avianin wręcz odruchowo rozłożył trochę skrzydło, zanim zdążyła oprzeć się o deski. Rzuciła mu pobłażliwe spojrzenie, ale tak jak zawsze spotkała się tylko z wzruszeniem ramion. Naprawdę nie potrzebowała wszędzie miękkiego oparcia jak księżniczka. To było niekonieczne...ale urocze. Po prostu nie miała serca narzekać na przesadną troskliwość.
- W czym się specjalizujecie, jeśli można zapytać? - zagaił po kilku minutach Sancho.
- Ja, mój drogi przyjacielu, jestem artystą słowa pisanego oraz głoszonego prozą i pieśnią. Rhen natomiast jest nieprzeciętną tancerką - odpowiedział Feniks. - Tak więc jedno z nas zabawia ucho, gdy drugie cieszy oko.
- Faktycznie żeście się dobrali - stwierdził mężczyzna. - Tak jak z tymi skrzydłami...to normalne czy...?
Kania parsknęła śmiechem. Domyślała się, że w końcu padnie to pytanie. Najwyraźniej dla ludzi posiadanie tylko jednego skrzydła było czymś niewyobrażalnym. Jakby się dłużej zastanowić, wątpliwości te nie były pozbawione sensu. W końcu skrzydeł używa się do niczego innego jak latania. Jeśli ptak nie lata, jego gatunek na przestrzeni lat skrzydła te powoli traci. Stają się szczątkowe, poszarpane, niezdatne do pierwotnego celu. Rhenawedd miała własne wytłumaczenie posiadania jednego, w pełni sprawnego skrzydła: skoro natura zabrała avianom jedno ze skrzydeł, po co miałaby jeszcze powoli niszczyć drugie? Toż to był by szczyt brutalności i sadyzmu, a to drugie pojęcie nie zwykło występować w przyrodzie zbyt często.
- To w naszej rasie zupełnie naturalne - wyjaśniła. - Jesteśmy avianami. Tak już u nas jest, że kobiety rodzą się z lewym skrzydłem, aby w przyszłości mogły znaleźć swoje prawe - partnera, z którym spędzą resztę życia.
- Ciekawe - przyznał jej rozmówca. - I imponujące. Ludzie mogliby wam pozazdrościć wierności, gdyby tylko nie mieszali jej z błotem. Dalej jednak nie widzę innego zastosowania dla pojedynczego skrzydła, poza tym waszym symbolicznym. Natura przecież niczego nie robi bez sensu...
Jak na zawołanie z poszarpanej chmury zaczęły spadać pierwsze krople. Po chwili deszcz padał już gęściej, sprawiając, że Sancho zaczynał już tęsknić za upałem. Westchnął pod nosem z lekka zirytowany kaprysami pogody. Nagle nad jego głową zawisło ciemnofioletowe skrzydło, skutecznie chroniąc jego głowę przed wodą. Obejrzał się na Kukułkę, która usiadła bliżej woźnicy, by móc do niego sięgnąć. Kobieta uśmiechnęła się w odpowiedzi. Jej partner, którego skrzydło miało nieco większe rozmiary, jakoś sięgnął nim nad siebie, żeby osłonić także ją.
Sancho uniósł brwi, ale nie umiał znaleźć żadnego komentarza. Odpowiedź była tak głupia, że aż oczywista. Nie miał już więcej pytań w temacie aviańskich skrzydeł.
Zajazd ,,Tańczący kundel” stał na rubieżach jakiejś bezimiennej wioski. Samego skupiska chat nie kojarzył nikt, jednak pytając się o ten mały przybytek, nietrudno było o kierunek. Gdy wóz Sancha wraz ze szkapą i dwójką avian tam dotarł, ulewa rozgorzała na dobre i nie zapowiadało się, by miała przestać przed ranem. Ossovom tym razem nie uśmiechało się zatrzymywanie na noc w lesie. Bez żadnej wymiany zdań jednogłośnie uzgodnili, że zostaną tutaj, a rano może Sancho jeszcze nie będzie miał ich dosyć i pojadą z nim dalej.
Sikorka nie przepadała za karczmami. Zwłaszcza tanimi, obskurnymi, gdzie sufit był stanowczo za nisko, muzykę zastępowała zbiorowa wrzawa, a powietrze dym fajek oraz zaduch alkoholu. Serkage doskonale znając swoją partnerkę zmierzył budynek równie podejrzliwym spojrzeniem i lekko szturchnął Rhen. Czerwonowłosa kiwnęła głową na znak, by się nie przejmował. Czcze gadanie - jej Słowik i tak będzie się o nią martwił, niezależnie od tego co sama sądzi. Jak ona o sobie nie myśli, to ktoś przecież powinien.
Gdy weszli za swoim woźnicą do środka, odetchnęła z ulgą. Gospoda była dwupoziomowa - pomieszczenie o kształcie prostokąta otaczała galeryjka pięterka, zapewne do pokoi gości. Sufit był więc wysoko, a obecna klientela aż niezdrowo cicha. Zamiast zaduchu panowała więc spięta atmosfera, wręcz przesiąknięta zrezygnowaniem oraz frustracją. Najwyraźniej deszcz działał na nerwy wszystkim zmuszonym do postoju podróżnym. Stojący za ladą właściciel zajazdu dostrzegł znajomego rolnika i uśmiechnął się szeroko.
- Sancho! - przywitał się. - Wspaniała pogoda, nie sądzisz?
- Owszem, doskonała - odparł nieco niemrawo chłop. - Dostawa na jutro gotowa?
- Tak, cztery beczki. Zgodnie z zamówieniem. Pomogę ci je rano załadować...
Reszty rozmowy Kukułka nie słuchała, zamiast tego rozglądając się po przestronnym wnętrzu. Goście siedzieli rozmawiając ze zrezygnowaniem lub bez celu gapiąc się w kufel. Było tak głucho, że kobieta mogła dosłyszeć bębniący o gruby dach deszcz. W pustym kącie, gdzie powinni stać muzycy, zostały same dudy i skrzypce, ale ich właścicieli brakowało. Po chwili i ich Rhen dostrzegła: siedzieli równie smętnie co ich instrumenty, przy stole niedaleko. Jeden bawił się pustym kubkiem, drugi turlał po stole smyczek, jakby chciał chciał zagrać i zarazem nie miał na to ochoty. Avianka szturchnęła towarzysza łokciem i wskazała na ponurych minstreli ruchem głowy.
- Ta cisza doprowadza mnie do szału - szepnęła. Mimowolnie nie podnosiła tonu głosu, jakby nie chcąc zaburzyć atmosfery.
- Mnie również - stwierdził Kage. Po chwili uśmiechnął się zbójecko. - Myślisz o tym samym co ja?
- Jak zawsze, skarbie. Czas zarobić na nocleg - Kania odpowiedziała identycznym uśmiechem i od razu pociągnęła Feniksa w stronę stołu.
Bez pytania dosiedli się do dwójki muzykantów. Mężczyźni podnieśli wzrok zaskoczeni.
- Co to za smętne miny? Nie wiedziałem, że deszcz aż tak szkodzi ludziom - zaczął wesoło Serkage.
- To wasze instrumenty? - zapytała Rhena.
Muzycy spojrzeli na nieszczęsne przedmioty i kiwnęli głowami.
- Chyba nie leżą tam dla ozdoby? Toż to zbrodnia porzucać instrument bez należnego potraktowania - zauważył Ossova.
- To nie takie proste, panie ptaku - odpowiedział w końcu dudziarz. - Obiecaliśmy tym ludziom dzisiaj występ taneczny. Ale trupa, którą wynajęliśmy, nie przyjechała.
- Pewnie deszcz ich nastraszył... - rzucił złośliwie skrzypek.
- Wszyscy się zleźli pomimo ulewy tylko po to, by sobie popatrzeć na łądny występ. A tu nici - jego towarzysz westchnął przeciągle. - Próbowalimy już grać, ale nas zbuczeli. Bez tancerzy nic nie zrobimy.
Kogut posłał Rhenawedd znaczące spojrzenie i uśmiechnął się do minstreli:
- Macie panowie tego samego wieczoru niebywałego pecha i równie niebywałe szczęście. Tak się doskonale składa, że ja i moja ukochana także pozbawieni jesteśmy tymczasowo roboty.
- Jesteście tancerzami? - w głosie skrzypka zabrzmiała nadzieja.
- I to nie byle jakimi! - zapewnił avianin. - Tutejsi zapewne nigdy jeszcze nie widzieli tańczących avian, a taki pokaz to nie byle co.
Mężczyźni spojrzeli po sobie pytająco. Dudziarz podrapał się po głowie w namyśle.
- No nie wiem... - powiedział. - Nie znamy swoich repertuarów, a z tamtymi już robiliśmy próby...
- To najmniejszy problem - odparła pewnie Sikorka. - Co to za artysta bojący się improwizacji? Zagrajcie tylko coś skocznego i się dopasujemy.
- Jak tak mówisz...niech wam będzie - zgodził się w końcu muzyk. - Zobaczymy co z tego wyjdzie...
- Najwyżej wywalą nas za próg - rzucił optymistycznie skrzypek.
- I to jest dobre podejście! - Kage klepnął chłopaka przyjacielsko w plecy. - Idźcie grać, a resztę zostawcie nam.
Muzykanci ruszyli więc w stronę swoich intrumentów. Podczas gdy dostrajali jeszcze na wszelki wypadek, para avian rozejrzała się za dobrym, widocznym miejscem mającym zastępować im scenę. Rhen bez dłuższego namysłu wskoczyła na pusty stół blisko środka sali. Gospodarz widząc to urwał rozmowę z Sanchem i już chciał kazać jej stamtąd zejść, ale Orzeł powstrzymał go, rzucając kilka słów wyjaśnienia. Po krótkiej wymianie zdań, właściciel lokalu niechętnie skinął głową. Przez ten czas coraz więcej osób gapiło się z zastanowieniem na łażącą po stole drobną kobietę. Kage usatysfakcjonowany dołączył do swojej partnerki.
- Co chciał? - spytała cicho.
- Upierał się, że to ,,lokal na poziomie” i że takie zachowanie jest niedopuszczalne - odparł krótko Słowik. - Ale gdy zaproponowałem, że zamiast płacenia za pokój możemy zastąpić zamówionych tancerzy, to w końcu odpuścił. I wyzwał nas przy tym od darmozjadów. - ukłonił się teatralnie, rozpoczynając występ.
- Pokażmy mu, że darmowy pokój jest wart występu - Rhenawedd uśmiechnęła się i dygnęła w odpowiedzi.
Muzycy trafnie uznając ukłony za umowny znak, zaczęli grać wesołą melodię. Melodia ostatecznie ściągnęła uwagę już wszystkich, przedzierając się przez długą ciszę. Teraz więc już cała gospoda patrzyła z wyczekiwaniem na parę niecodziennych tancerzy.
Kage? Showtime! :3
niedziela, 28 maja 2017
czwartek, 18 maja 2017
Zastanawiam się, czy gwiazdy świecą po to żeby każdy mógł pewnego dnia znaleźć swoją?
Imię: Escuridade (trudne? Pozwala skracać to Eske albo Dadi, ale jeśli ktoś ma własne pomysły też może)
Nazwisko: Mornko (nie jest to w rzeczywistości jej nazwisko, bo takowego nie posiada, w końcu skąd miałaby je mieć? Ale gdy już musi jakieś podać podaje to, głównie dlatego że takie nazwisko nosi jej stwórca, choć gdyby on to usłyszał, zezłościłby się.)
Przydomek: Cień, Mrok, Dzikus, Zwierz, Szara, Odmieniec różnie już ją nazywano, sama nie wie czy umiałaby wszystkie swoje przydomki wymienić. Najczęściej jednak ldzie zwracają się do niej słowami "spi*rdalaj"
Rasa: Eksperyment, to chyba najbardziej adekwatna nazwa, bo inaczej tego tworu z martwej duszy i magi nie da się nazwać.
Wiek: miesiąc
Płeć: Samica
Przynależność: Pustelnik
Stanowisko: Łowca potworów
Religia: Wierzy praktycznie we wszystko co jej się powie, więc i we wszystkich bogów wierzy i wszystkich się boi, jednak nie wyznaje żadnej religii.
Aparycja: Niezwykle wysokie stworzenie mierzące ponad dwa metry, posiada wiele cech zwierzęcych takich jak kły i pazury. Nogi ma zbliżone do wilczych, jednak są znacznie masywniejsze i pokrywa je szare futro, podobnie ręce które choć przypominają już bardziej te ludzkie to również zakończone są czarnymi szponami. Jej dumą jest długi puszysty ogon, który choć nie ma większych funkcji jest przyjemny w dotyku. Tłów już ma niemal całkowicie ludzki, a przynajmniej z zewnątrz. Część twarzy również ma pokrytą włosiem, które później przechodzi w długie, grube włosy. Jednak nawet taka burza na głowie nie jest w stanie zakryć wiecznie ruszających się, zwierzęcych uszu. Zabawny może się też wydawać jej nos, ponieważ podobnie jak narząd słuchu stale jest w ruchu, podrygując i węsząc. Najbardziej charakterystyczne mogą być jej oczy, takich oczu nie spotkasz u żadnego innego stworzenia, bo nie należą one do żadnej z istniejących ras, są po prostu skupiskiem magii. Nie mają tęczówek ani źrenic, są to jedynie ciemne kule w których stale porusza się jakaś substancja, daje to wrażenie jakby w tych oczach znajdowało się całe nocne niebo.
Zdolności: Jest według swojego stwórcy bytem doskonałym z wszelkimi udoskonaleniami zwykłych stworzeń. Eske posiada zdolność wyostrzonego widzenia, również w ciemności, a również niezwykle czujny węch i słuch. Dzięki swoim niemal karykaturalnym kończynom jest zdolna skakać nawet na pięć metrów w górę i dziesięć w przód. Jest też dzięki nim niesamowicie szybka, potrafi przemknąć koło kogoś niemal niezauważenie i bezdźwięcznie. To jednak nie koniec, ma ona wprogramowaną umiejętność walki i nie tylko kłami i pazurami ale również bronią białą. Jest odporna na wszelką magię, również tą leczniczą, co może później okazać się sporym problemem.Została jednak wyposażona przez swojego stwórcę w umiejętność szybkiej regeneracji oraz zmianę w cień. Stworzenie to potrafi po prostu rozpłynąć się w mroku i stać się ciemną plamą. Ma drobne problemy z mową, a co dopiero z śpiewem, jednak uczy się grać na pletni pana, na razie zna tylko melodie hipnotyzujące, ale w końcu uczy się ledwie miesiąc. No właśnie, à propos hipnozy... nie patrzcie jej w oczy, dzięki swojej zwierzęcej budowie może wręcz zniewolić swoim szczenięcym spojrzeniem.
Zainteresowania: Ciężko powiedzieć, jako że nie poznała jeszcze wszystkiego. Dlatego może jej zainteresowaniem jest wieczne wtykanie wszędzie łap i zadawanie milionów pytań. Lubi włazić na różne rzeczy i wciskać się w wszelkie zakamarki. Nie pogardzi również jakąś nową nauką, chłonie wszystko jak gąbka. A gdy już na prawdę nie ma co robić gra na pletni pana.
Charakter:
Historia:
Partner: Mentalnie to dziecko, więc ciężko byłoby jej kogoś znaleźć, nie mówiąc już o tym jak wygląda, chyba nie ma stworzenia które by się nią interesowało. Ale gdyby nadarzyła się okazja, z pewnością całkowicie oddałaby się temu komuś.
Rodzina: Nie ma, bo i skąd twór zrobiony z czarów miałby mieć rodzinę? Jednak za swojego "ojca" uważa maga będącego jej stwórcą, mimo że to wyrodny ojciec.
Towarzysz:
Szczegóły:
Autor: (anonim)
środa, 17 maja 2017
Pomiatają mną, odkąd przyszedłem na świat... Ale ze sceny nie zejdę! Jestem niepokonany!
Imię: Serkage (A właściwie - wedle rodzinnej tradycji - Serkage Asedian Nihivio XIV. Na szczęście nikt się tak do niego nie zwraca. Pełne imię Serkage zarezerwowane zostało wyłącznie dla rodziców mężczyzny, gdy ci wzywali go, by po raz kolejny wytknąć mu wszystkie błędy i aby go ukarać, a on sam wydaje się już nie pamiętać o tym, że tak się nazywa. Teraz jest już tylko Serkage lub ewentualnie Kage, jeśli komuś zależy na tym, by skrócić to szlachetne imię.)
Nazwisko: Ossova (Zabawne, że niegdyś, w rodzinnych stronach Kage, to nazwisko wiele znaczyło. Pewnie nadal budzi szacunek i cieszy się nie najgorszą reputacją. Dlatego Serkage szczerze powątpiewa w to czy nadal może się nim bezkarnie posługiwać. Jego rodzina pewnie nie byłaby zachwycona, wiedząc, że akurat Serkage nadal nosi tak znaczące nazwisko. Jednakże ten Ossova zdaje się zupełnie nie przejmować faktem swojego wydziedziczenia. Ostatecznie w Erden nikt o tym znamienitym rodzie nie słyszał, więc tym bardziej nie ma powodów zmieniać nazwiska.)
Przydomek: Feniks (A przynajmniej to wmawiają mu, sugerując się jego piórami. Dla ukochanej zwykł być Orłem lub Słowikiem, lecz prawdę powiedziawszy nawet "Głuptak" z ust tej kobiety brzmi jak najczulsza pieszczota. Kage, gdyby pokierował swoim życiem nieco inaczej, miałby w kieszeni dodatkowo tytuł lorda i głowy rodu, jednakże wtedy nie byłoby go tu, gdzie jest. Wymienił szlacheckie godności na pogardliwe określenie Koguta. Stanowi to raczej obelgę niż coś zaszczytnego. Żaden dumny, szlachetny ptak nie chciałby być przecież nazywany drobiem...)Rasa: Avianin (I to nie pierwszy lepszy z brzegu. Ród Ossovów od wieków przykładał najwyższą wagę do czystości rasy. Kage poszczycić się może nienagannym rodowodem sięgającym całe stulecia wstecz. Ma to oczywiste, dające się dojrzeć nawet gołym okiem konsekwencje, gdyż bliżej mu do pierwszych avian. Poza tym jego rasa znajduje sobie teoretyczne, raczej niechętne pokrewieństwo z harpiami. Jednak o ile harpie postrzega się jako dzikie lub półdzikie ludojady, o tyle avianie zwykli uchodzić za inteligentniejszy i bardziej cywilizowany gatunek.)
Wiek: 45 lat, czego nie da się wywnioskować po wyglądzie. Serkage zdaje się być dwudziestolatkiem w sile wieku. Jasno wynika z tego, że dla avian czas płynie wolniej.
Płeć: Mężczyzna
Przynależność: Gildia Błękitnych Ptaków
Stanowisko: Bard, choć jest to wyjątkowo naciągane określenie. Feniks nie potrafi się dokładnie zdefiniować, gdyż twierdzi, iż jest "artystą słowa pisanego oraz głoszonego prozą i pieśnią", równie dobrze mógłby być więc pisarzem lub zwykłym wędrownym śpiewakiem.
Religia: Luinianizm, choć nie należy mówić o nim jako o wzorze wyznawcy. Serkage (wbrew temu, co usiłowano wbić mu do głowy) jakoś nigdy nie potrafił w pełni zaakceptować istnienia któregokolwiek z bóstw. Nie jest jednak ateistą i określa siebie mianem "wątpiącego" lub "poszukującego". Jego typowo aviańskie, luźne podejście do religijności raczej nijak mu nie pomaga. Orzeł nie czuje się specjalnie związany z bóstwem, a co za tym idzie nie modli się ani często, ani chętnie.
Aparycja: Każdy przedstawiciel rodu Ossova zwykł emanować swoistą perfekcją. Przebywając dostatecznie długo wśród aviańskich elit bez trudu da się zauważyć, że członkowie tej rodziny są stworzeni do przebywania w centrum uwagi i zainteresowania. Serkage nie stanowi tu żadnego wyjątku od reguły. W końcu wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o typowo męskiej sylwetce zwykle ściąga spojrzenia kobiet jak magnes. Jedynie od kolan w dół Kage nie wpisuje się w wyszukane gusta. Nie każdy potrafi machnąć ręką na ptasie, zakończone ostrymi jak brzytwa szponami stopy z wysoką piętą. Pomimo tej jednej niedogodności Feniks nie ma powodów do posiadania nawet najdrobniejszych kompleksów. Natura podarowała mu subtelną, drapieżną urodę. Oczy Serkage mają kolor bezchmurnego, letniego nieba, które zwykle iskrzą się charakterystycznym dla niego łobuzerskim błyskiem. Pionowe źrenice sprawiają jednak, że wesołe oczy Kage z odpowiednimi intencjami potrafią przerazić i speszyć. Twarz mężczyzny zdobią symetryczne, szare "łezki" usytuowane nieco poniżej kości policzkowych. Dwa inne wzory mieszczą się w miejscu jego brwi (gdyż ten avianin pozbawiony jest luksusu posiadania jakichkolwiek włosów). Na głowie Serkage rosną kremowobiałe pióra z pojedynczym czerwonym pasemkiem z przodu. W chwilach zagrożenia Feniks - ptasim odruchem - stroszy je, by wydać się większym, a przez to groźniejszym. Kilka białych piórek pokrywa też jego brodę, tworząc tym samym charakterystyczną "bródkę". Długie uszy Kage również pokryte są jasnymi piórami. Tylko ich końcówki są czerwone. Jednak nie tylko na głowie Orzeł nosi pióra. Jego przedramiona także pokrywają gdzieniegdzie złote pióra, które na przedramionach są nawet całkiem okazałe. Kilka piór znalazło też sobie miejsce po bokach torsu mężczyzny. Z prawego ramienia Serkage spływa sięgająca do ziemi peleryna. To jego skrzydło, które złożone ciągnie się za nim, lecz przenigdy mu nie przeszkadza. Stanowi raczej kolejną kończynę i szykowną osłonę przed słońcem, wodą i wiatrem. Ponadto jego rozmiary wiążą się z pochodzeniem mężczyzny, więc naturalnie jest z tego dumny. Skrzydło po zewnętrznej stronie ma zachwycający, złoty kolor. Końcówki długich piór pokrywa natomiast fantazyjny błękitny wzór. Od wewnątrz skrzydło wydaje się być nieco bardziej szarawe, gdyż tam barwy nie są aż tak nasycone. Serkage posiada również długi czerwony ogon zakończony trzema pawimi okami. Na standardowy strój Kage składa się krótki czerwony płaszcz obszyty złotą tasiemką z szerokim i sztywnym kołnierzem. Na lewym ramieniu spina go ptasia czaszka przyozdobiona ciemnymi piórami i biada temu, kto wyciągnie po nie ręce. Sama czaszka nie ma dla mężczyzny żadnego znaczenia poza oczywistym walorem estetycznym. Pióra jednak należą do towarzyszki Feniksa i zostały mu podarowane na znak przywiązania, dlatego mają wielką wartość, której nie godzi się mu odbierać. Resztę ubioru Serkage stanowią właściwie luźne, bufiaste, turkusowe spodnie z niskim krokiem, sięgające mniej więcej kolan mężczyzny i ochraniacze sięgające aż do pięty. Do tego Orzeł nosi ozdobny czerwony sznur z dwiema czaszkami.
Zdolności: Elementarną zdolnością każdego barda i jednocześnie wysoce pożądaną zdolnością wśród arystokracji jest umiejętność grania na choć jednym instrumencie. Dlatego też Feniks potrafi grać na harfie oraz lirze (Bo choć tego pierwszego nie bardzo ma szansę udowadniać, to drugie wyjątkowo często mu się przydaje). Ponadto potrafi pięknie śpiewać - co nikogo szczególnie nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, iż większość ptaków śpiewa. Orzeł porusza się z wyjątkową gracją i lekkością, tak charakterystyczną dla jego rasy. I czyni to z niego dobrego tancerza. Jego skrzydło stanowi wyjątkowo skuteczne przedłużenie ręki i mężczyzna w zasadzie nie musi się nawet koncentrować na tym, by go używać. To nieprzemakalna, zatrzymująca ciepło struktura. Co prawda nie gwarantuje zdolności lotu, ani nie umożliwia szybowania, jednakże może stanowić swoistą ochronę przed resztą świata, która przydaje się w codziennym życiu wędrownego artysty. Jednakże fakt, iż Serkage jest śpiewakiem nie oznacza, że nie potrafi o siebie zadbać. Mężczyzna, dzięki odpowiedniemu treningowi w młodości, potrafi się dobrze bić. Pobierał także lekcje fechtunku, choć akurat ta zdolność, przez brak jakiejkolwiek praktyki, zaczyna rdzewieć. Jego skrzydło znajduje sobie zastosowanie i w walce. Ikoniczną sztuczką walczących avian są pióra twarde i ostre jak noże. Te pochodzące od Kage, gdy przybiorą postać śmiercionośnej broni, stają się bardzo jasne i wręcz błyszczą złotem.
Zainteresowania: Należałoby tutaj wpisać Rhenawedd, lecz tak się nie godzi. Serkage na szczęście interesuje się także innymi zagadnieniami. Uwielbia obserwować otaczający go świat. Zawsze podobała mu się poezja czytana i śpiewana, a co za tym idzie zna i potrafi zacytować choćby fragmentami każde liczące się dzieło aż od początków znanego mu istnienia. Sam także jest twórcą epiki i liryki. Feniks ma także szczególną słabość do sztuki, muzyki i tańca, a więc także i przyjęć towarzyskich oraz spektakli w teatrze, których nie potrafi sobie odmawiać. Życie w nieustannej drodze nieco komplikuje mu udzielanie się towarzysko, lecz mężczyzna nie narzeka, bo równą sympatią darzy podróżowanie u boku ukochanej. Poza tym interesuje go wiedza. Kage jest wyjątkowo oczytanym włóczęgą, który nie ma niczego przeciwko czytaniu książek i tomików poezji. Ponadto jest jeszcze filozofia, ale tutaj niczego dodawać już nie trzeba.
Charakter: Opisać Serkage nie jest łatwo. Mężczyzna przez prawie pół życia grał kogoś, kim nie jest, by zadowolić kogoś, na kim mu nie zależy i by nie podpadać komuś, kogo ma za nic. Tak czy siak tamten Kage był arystokratą, szczycącym się nienagannymi manierami i doskonałą znajomością elit społecznych, a to odpowiednio długo utrwalane stało się nieodmienną częścią mężczyzny. Cechowało go perfekcyjne opanowanie, pozwalające mu zachować stonowany uśmiech na twarzy, nawet w sytuacjach dalekich od przyjemności. Mimo wszystko było to tak dalekie od jego zwyczajowej szczerości i prawdziwego charakteru, że nie warto o tym szerzej wspominać. Feniks przez całe lata był barwnym ptakiem pośród szarości pozorów i uprzedzeń, a co za tym idzie najrozsądniej było mu chronić swoją odmienność od reszty pod fasadą dumnego syna swojego ojca. Wystudiowana powściągliwość zastępowała mu naturalną wesołość i skłonność do żartów, których nie wypadało przywoływać w towarzystwie. Milczenie w chwilach, gdy miał zbyt wiele do powiedzenia skutecznie maskowało jego prawdziwe poglądy, pozwalając rozmówcom wierzyć, że ma dokładnie to samo zdanie, o które można by posądzić rasowego Ossovę. A Serkage zwykle ma wiele do powiedzenia na prawie każdy temat. Ciekawi go świat i kocha zgłębiać jego tajemnice. Wyszukane słownictwo niejednokrotnie odsyłające rozmówcę do słownika, służyło wyłącznie temu, by nikt nie zauważył, że mężczyzna tak naprawdę nie odnajduje przyjemności w wymienianiu suchych uprzejmości i pustych dyskusjach. Jednakże te czasy przeminęły już dawno temu, a Kage nie można zarzucać zbytniej sentymentalności. Obecnie avianin nie potrzebuje żadnej maski, a jego ukochana Rhenawedd zdecydowanie woli go w tym prawdziwym wydaniu. Orzeł jest wyjątkowym optymistą, który idzie przez świat z łobuzerskim uśmiechem bez przerwy tańczącym na wargach. Nigdzie mu się nie spieszy, więc ma dokładnie tyle czasu na podziwianie świata ile potrzebuje. Zdarza mu się zachowywać po prostu dziecinnie, ale raczej nie zamierza nic z tym zrobić. Zwyczajnie nie cierpi fałszywości i dwulicowości. Jest jaki jest i nie zamierza niczego z tym robić, bo lubi swój charakter. Nie oznacza to, że nie potrafi się należycie zachować. Nadal szczyci się odpowiednimi manierami i taktem.Inna kwestia, iż Serkage lubi się śmiać i nie ma przed tym żadnych oporów. Potrafi też dogryźć, doskonale wiedząc jak sformułować wypowiedź tak, by dotknęła do żywego. Nic nie poradzi na to, że lubi się drażnić z resztą świata, a fakt, że bywa irytujący zrzuca na karb ryzyka związanego z zadawaniem się z nim i zbywa obojętnym wzruszeniem ramion. Niewieloma rzeczami potrafi się prawdziwie i na długo przejąć, chyba, że dotyczy to jego ukochanej. W jej obronie Kage byłby w stanie położyć pół armii i zmienić świat. Rhenawedd stanowi oczko w głowie mężczyzny, a Feniks uznał za swój życiowy cel sprawianie, by kobieta miała wszystko co najlepsze. Ufa jej bezgranicznie i bez oporów powierzyłby jej swoje życie, wiedząc, że jest ono bezpieczne. Lubi słuchać komplementów płynących od Rhen, bo tyko one mają dla niego wartość. Tylko jej zdanie ma dla niego szczególne znaczenie i tylko jej słucha bez zastrzeżeń. Serkage jakkolwiekby się nie starał zatrzeć ślady swojej przeszłości nie jest w stanie wykorzenić czegoś, co definiowało go od małego. W genach dostał pewną szlachetność i prezentuje się dumnie, czasem nawet nieco zbyt egoistycznie i wyniośle jak na jego gust. Bądź co bądź z tytułu pochodzenia ma prawo czuć się jak władca pośród chłopów, jednakże w ostatecznym rozrachunku niewiele odróżnia go od erdeńskiego mieszczaństwa, o czym stara się na bieżąco uświadamiać. Nie planuje by jego pycha miała go kiedykolwiek zgubić. W każdym razie najpierw musiałby pozbyć się niejakiej skromności powstrzymującej go od chwaleniem się bez wyraźnego powodu, gdyż Feniks nie przepada za podsuwaniem swoich dzieł pod nos każdego napotkanego obcego. Z całą pewnością nie można odmówić mu uporu i wytrwałości w drodze do wytyczonego celu. Dobrze wie czego chce i robi wszystko co może, by to osiągnąć. Jest towarzyski i nie ma najmniejszych oporów przed dyskutowaniem z obcymi. Prawdę powiedziawszy Orzeł woli przebywać w większym towarzystwie znacznie bardziej niż tkwić gdzieś samotnie, a każdego nowego towarzysza z góry traktuje jak przyjaciela, a nie wroga.
Historia: Ossova - to nazwisko w zasadzie powinno przemawiać za siebie samo. Jednakże w tych stronach zdaje się, iż jest to stanowczo zbyt mało znany termin, by jego brzmienie określało z kim ma się do czynienia. Otóż Serkage pochodzi z bogatej i znaczącej rodziny, słynącej z sztywnej, rygorystycznej tradycji, masy uprzedzeń oraz ścisłych wzorców. Członków tej rodziny zwykło się postrzegać jako, budzących respekt i poważanie, dumnych z najczystszego rodowodu sięgającego wielu pokoleń wstecz avian. Wymieniając tzw. "wyższe rody" Ossovów zwykło się wymieniać w ścisłej czołówce, co z kolei zaczęło wymuszać na nich oczywistą perfekcję pod każdym względem. I tak jak ród podaje się za wzór do naśladowania, tak od głowy tego rodu wymaga się godnego reprezentowania wybitnej rodziny. W takiej, chciałoby się rzecz idealnej, rodzinie dorastał Feniks i miał przed sobą równie perfekcyjną, świetlaną przyszłość. Był pierworodnym, a co za tym idzie także i spadkobiercą ojcowskich tytułów i zasług. Nie trudno zatem wywnioskować, że usilnie starano się z niego zrobić godnego następcę - głowę rodu pozbawioną wad. Tak przynajmniej zakładano i przez pewien czas faktycznie udawało się realizować przygotowywanie Serkage do swojej roli. Analogicznie to właśnie na niego kierowała się większość uwagi rodziców. Daleko jej było do ciepłych relacji spajających zwyczajne rodziny. Kage już od najmłodszych lat uczył się wszystkiego, co będzie mu potrzebne w przyszłości. Miał najlepszych, prywatnych nauczycieli, a jego edukacja obejmowała iście wszechstronne kwestie, niezbędne mu do dorosłego życia. Stąd Orzeł pochwalić się może perfekcyjną znajomością etyki, sztuki, historii czy tajników zarządzania majątkiem ziemskim i księgowości. Z perspektywy czasu trudno mu poczytywać to za stratę czasu. W końcu odebrał niemalże perfekcyjne wykształcenie, które nie ominęło nawet lekcji tańca (Do teraz w najgorszych koszmarach słyszy skrzekliwy głos nauczycielki, wykrzykującej bez przerwy, by się skupił, trzymał ramę i tańczył w takt). Serkage właściwie nie miał powodów do tego, by się skarżyć lub narzekać. Choć nieco wbrew woli zrobili z niego dżentelmena o nienagannych manierach, stał się obiektem westchnień wielu arystokratycznych dam. Paradoksalnie próby zrobienia z Kage złotego chłopca skutecznie obrzydziły mu cały dwór. Rodzice zdawali się jednak mieć dalekosiężny plan względem swojego syna. Dlatego, gdy Kage osiągnął odpowiedni wiek posłali go do wojskowego obozu, aby nauczył się kolejnych przydatnych umiejętności. W taki właśnie sposób młody, wykształcony chłopak stał się przeszkolonym wojakiem mogącym pochwalić się niezgorszymi rezultatami długich ćwiczeń i surowej musztry. Jednakże jego pobyt z dala od domu nie mógł trwać w nieskończoność, by plan rodziców nadal mógł się spełniać. Dlatego ściągnięto go do domu i gdy Serkage dorósł zaczęto zabierać go na bale i przyjęcia towarzyskie. Feniks z początku naprawdę dobrze się bawił, uczestnicząc w nich. Była to jakże miła odmiana od surowych warunków z którymi przyszło mu się mierzyć w koszarach. Z czasem niestety bale zaczęły go męczyć. Niezbyt miał jednak okazję do tego, by w nich nie uczestniczyć, gdyż zwykle od razu zauważano jego nieobecność, a on sam naprawdę nie miał ochoty ściągać na siebie zbytnich problemów. Z perspektywy czasu jednak cieszy się tym, że tak dzielnie znosił każdą uroczystość, bo w ten sposób poznał Rhenawedd Drakkar. Dziewczyna zaciekawiła go swoją osobą, zdawałoby się, że bez wyraźnego powodu. Z całą pewnością nie widywał jej wcześniej, a znał przecież wszystkich członków każdej liczącej się rodziny. O Rhenawedd jednakże nie wiedział praktycznie nic. Jej nazwisko teoretycznie wykluczało, by Serkage mógł pozwolić sobie na poznanie tej fascynującej osobistości nieco bliżej. Jednakże wyjątkowo o to nie dbał. Dziewczyna była inna niż cała reszta otaczających go dam. Przede wszystkim nie widziała w nim młodego Ossovy - kandydata na męża. Rhen widziała w nim wyłącznie to kim był, wobec czego dla niej zawsze był po prostu Kage. Co więcej, doskonale się ze sobą dogadywali i szczerze się polubili. Nie umknęło to uwadze reszty towarzystwa, w tym także i rodzinie Serkage, którzy robili co w ich mocy, by wybić Feniksowi z głowy zadawanie się z kimkolwiek ze znienawidzonej rodziny. Ten jednak uparcie ignorował wszelkie prośby i groźby rzucane pod jego adresem, stale przypominając, że jest już dorosły i wie dość, by móc radzić sobie samemu. Tak było do czasu, gdy jego Rhen przestała pojawiać się na balach, a on, by móc spędzać z nią czas pomimo trudności także zaczął się wymykać. Ta dziwna sytuacja trwała dość długo, by Serkage zdążył narobić sobie wrogów z własnej rodziny. Ich pozbawiony skaz zloty chłopiec nagle przestał być posłuszny i właściwie zniknął ze sceny. Dlatego marzył o okazji do ucieczki. Oznaczałoby to koniec jego problemów.
I okazja nadarzyła się, choć trudno w jej przypadku mówić o szczęściu. Rewolta w wyniku której niegdyś znamienite rody stały się obiektem linczu i publicznych egzekucji raczej nie stanowiła powodów do radości. Zwłaszcza, gdy Serkage przyszło opłakiwać powieszonego brata. Nie powstrzymało go to jednak od wymyślenia odpowiednio nieoczywistego planu. Zauważył okazję i - gdy Ossovie ewakuowali się w bezpieczniejsze rejony - uciekł w zupełnie przeciwną stronę, ciągnąc za sobą ukochaną Rhen. W ten właśnie sposób dwójka uciekinierów rozpoczęła swoją podróż. Mają wszystko czego im potrzeba, bo przede wszystkim mają siebie i nie wiąże się to z żadnymi nieprzychylnymi spojrzeniami. Serkage bez wątpienia jest z tego powodu szczęśliwy. W końcu nikt, ani nic nie dyktuje mu jak ma żyć, nikogo nie rozczarowuje, robiąc po swojemu i nikt nie usiłuje siłą zmusić go do tego, czego nie chce robić. Włócząc się po traktach i gościńcach u boku Rhenawedd ostatecznie znalazł swoją definicję raju na ziemi.
Partner: Rhenawedd. Nikt i nic nie ma szansy tego zmienić. Avianie łączą się w pary na całe życie, a Kage wybrał już swoją towarzyszkę na resztę dni. Bezgranicznie kocha swoją Rhen i z dnia na dzień nie omieszka uświadamiać ją o tym fakcie. Nie robi tego jednak na pokaz. To jego wola, a nie chęć doprowadzenia okolicy do zbiorowego pomruku aprobaty. W jego ocenie nie musi niczego nikomu udowadniać. On wierzy Rhen, a ona wierzy jemu.
Rodzina: Na chwilę obecną raczej nie ma prawa przyznawać się do rodziny. A w każdym razie oni w życiu nie przyznają się do niego. Tak więc Serkage może zapomnieć o ojcu, który już nigdy nie będzie z niego dumny. Matkę i czwórkę braci oraz siostrę w sumie także powinien spisać na straty. Wobec tego Kage raczej krewnych nie już posiada.
Towarzysz: -
Szczegóły: - Jak większość avian nie przepada za głęboką wodą i kotami czy kotowatymi. Obie te kategorie powodują u niego pewien dyskomfort i sprawiają, że jego zwyczajowy uśmiech rzednie nieco i dlatego właśnie Serkage usiłuje unikać wszystkiego, co jest dla niego nieprzyjemne. Zwłaszcza kotów otoczonych sporą ilością wody...
- Serkage potrafi zastrzyc uszami zupełnie niezależnie od czynników zewnętrznych. Jest to uwarunkowane genetycznie (jak dołeczki w policzkach w przypadku ludzi lub zdolność uniesienia jednej brwi) i oczywiście nie wpływa nijak na resztę odruchów mężczyzny. Nadal puszy się gdy jest oburzony lub zły czy czuje się zagrożony, a jego uszy potrafią zadrgać bezwiednie jeśli coś go zaintryguje.
- Jedną z tajnych "supermocy" Kage jest zdolność wyczuwania emocji Rhenawedd, gdy tylko znajduje się w jej pobliżu. Nie jest to żadna zdolność, a jedynie przedziwna intuicja, podpowiadająca mu jakie uczucia towarzyszą jego ukochanej.
Autor: Apocalypse Rider
Jakże monotonne i nudne byłyby odgłosy lasu, gdyby prawo do śpiewania miało jedynie dziesięć najzdolniejszych ptaków...
Imię: Rhenawedd (zdrabniane na przeróżne sposoby: Rhen, Rhena, Nawe...jak kto woli. Pełne prawo do wymyślania nowych zdrobnień przypada jej partnerowi - mógłby się poczuć urażony, gdyby ktoś go wyręczył...)
Nazwisko: Ossova, z domu Drakkar.
Przydomek: Jak można się domyśleć już z pierwszego wrażenia, większość jej pseudonimów nawiązuje do różnych ras ptaków. Przez jej wzrost i nieco bardziej...,,agresywne podejście” (jak to nazywali współplemieńcy), dorobiła się drugiego imienia - Kania, po pewnym małym drapieżnym ptaku. Wielu jednak złośliwie nazywało ją Kukułką lub Sikorką. Oba przeziwska przypadły jej do gustu dopiero gdy Kage zaczął je pieszczotliwie używać.Rasa: Avianka. W chłopskim języku ,,pół-człowiek pół-ptak”, czy też ,,opierzony humanoid”. Proszę nie mylić z harpią. Porównywanie tej egoistycznej, aczkolwiek pomimo wszystko inteligentnej rasy do drących się wiedźmowatych ludojadów raczej nie przysporzy ci przyjaciół ani z jednej, jak i drugiej rasy.
Wiek: 42 lata. Jak się można domyślić po wyglądzie Rhen (wskazującym bardziej na wczesną dwudziestkę), avianie starzeją się trochę wolniej od ludzi. Potrafią ich przeżyć niemal trzykrotnie.
Płeć: Kobieta
Przynależność: Gildia Błękitnych Ptaków (adekwatna nazwa)
Stanowisko: Kuglarka
Religia: Luinianizm. Stanowcza większość avian oddaje cześć Luninowi, jednak ich wyjątkowo luźne pojęcie wiary nieco różni się od Erdeńskiego, co nie robi z Kani wzorowej luinianki. Woli modlić się śpiewem niż ciszą.
Aparycja: Rhenawedd jest doskonałym dowodem na to, że pozory mogą mylić. Jest dosyć niską i na dobitkę drobną osóbką - większość osób z którymi rozmawia przerasta ją o głowę, nie wspominając już o ludziach faktycznie wysokich. Podnieść ją jest w stanie właściwie każdy, bo dziewczyna waży tyle, że chyba tylko pazury i refleks (oraz ręka Serkage) ratują ją przed porwaniem przy silniejszym wietrze. Ma to swoje zalety, zwłaszcza gdy jest się akrobatą. Posiada typowo dziewczęcą budowę ciała, z wąską talią, nieprzesadnym biustem i długimi nogami. Ostro zarysowane oczy i grzbiet nosa nadają Kani typowo ,,dzikiej” urody. Zwłaszcza te pierwsze wydają się zniechęcać wszelakich amantów. Wystarczy czasem jedno spojrzenie ognistych, błyszczących nieznanego pochodzenia podnieceniem oczu o cienkich źrenicach, by ostatecznie przekonać napastliwego typa, że Rhen to nie partia dla niego i mu podobnych. Na policzkach posiada symetryczne czerwone znamiona w kształcie ostro zakończonych łamanych kresek. Długie nieco poniżej łopatek mają identyczną barwę, jednak o nieco bardziej różanym odcieniu. Rozpuszczone dają wrażenie efektu pracy pijanego balwierza, ale Kukułkę nigdy specjalnie to nie obchodziło. I tak zawsze zaplata je w krótki warkocz, zakończony długim puszystym pędzlem. Długie, spiczaste szy, również tego samego koloru, posiadają jaśniejsze prążki i białe końcówki. Dziewczyna niemal zawsze nosi fioletowy kaptur z krótkim płaszczem i wyciętymi otworami na uszy. Nieodłącznym elementem jej stroju jest wisząca na prawym ramieniu rzeźbiona ptasia czaszka. O ile utratę niej samej zdołałaby przeżyć, o tyle chyba ucięłaby łeb każdemu kto poważyłby się skraść któreś z otaczających ją złotych piór. Otrzymała je od swojego partnera jako tradycyjny gest oddania, wiąże się więc z nimi więcej niż ładny wygląd. Zwyczajowy ubiór Rhen składa się z ciemno fioletowej tuniki, ukośnie rozciętej na udzie, pary ochronnych karwaszy na przedramionach oraz obcisłych spodniach kończących się gdzieś nad połową łydki. Nie nosi butów - żadne ludzkie obuwie nie pasuje na pazurzaste, podobne ptasim łapy, a nawet jeśli ktoś by się podobnego wyzwania podjął, dziewczyna i tak preferuje większą swobodę. Czymś, bez czego NIGDY nie zobaczysz Sikorki, jest spływający z lewego ramienia płaszcz ciemnych piór o fioletowym połysku, sięgający poniżej kolan. ,,Płaszcz” jest tu co prawda słowem umownym. Owe pióra to w rzeczywistości złożone skrzydło, od wewnątrz o dwa tony jaśniejsze. Jak każdy avian, Rhenawedd posiada jedno skrzydło, zgodnie z płcią lewe. Nie może oczywiście za jego pomocą latać, ale w żadnym wypadku nie narzeka. Skrzydło nie stanowi dla niej żadnego brzemienia, a czasem nawet bywa pomocne. Potrafi nim poruszać i rozłożyć je do pełnej okazałości. Mało rzeczy napawa ją podobną dumą, co widok rozdziawionych ust widowni, gdy chwali się nim podczas występów.
Zdolności: Skrzydło Kani stanowi właściwie trzecią rękę - przydaje się na przeróżne sposoby. Dzięki temu, że ewolucja nie pozbawiła avian całkowitej sprawności w skrzydłach, może posłużyć jej na wiele sposobów, zarówno w walce jak i życiu codziennym. Wyobraź sobie zawsze posiadać przy sobie nieprzemakalną osłonę czy samoistnie grzejący się koc. Potrafi posłużyć nawet jako pewna osłona w walce, ale to tak jakbyś zasłaniał się własnym przedramieniem, więc Rhen rozsądnie nie pcha się pod ostrzał ani nie próbuje parować ciosów mieczem. Ale może za to komuś nim porządnie przywalić. Najczęściej jednak skrzydło służy jej przy utrzymywaniu równowagi podczas akrobacji. Lata praktyki w tańcu nauczyły ją wykorzystywać swoją dumę także jako unikalny dodatek do repertuaru. Dzięki wyćwiczonym, płynnie zharmonizowanym ruchom skrzydła, hipnotyzujące falujące pióra dodają jej występom niezastąpionego efektu. Kobieta często nawet nie myśli o tym, że nim rusza - wzrusza nim równocześnie z ramionami, kłaniając się prostuje je lekko razem z wyciągniętą w bok lewą ręką, odruchowo lekko je rozkłada gdy się złości (wzorem puszących się ptaków, próbujących udawać większe niż są naprawdę). Ma nie najgorszy głos, chociaż śpiewać odważy się tylko w duecie. Chociaż to z zawodu kuglarka, nie jest bezbronna. Pomimo rozmiarów potrafi sobie poradzić w walce, a przynajmniej na tyle, by przeżyć i uciec (mordowanie wszystkiego wokół nie jest w jej stylu). Zna nawet jedną magiczną sztuczkę. Mianowicie potrafi zmienić swoje pióra w ostre jak brzytwa pociski. Nabierają wtedy jaskrawo różowej barwy i stają się twarde niczym kuta stal - idealne narzędzie do rzutu. Całe szczęście pióra Rhenawedd wystarczająco szybko odrastają, więc nie musi się przejmować ile z nich wykorzysta jako broń. Porusza się z nieludzką gracją i godną pozazdroszczenia lekkością. Z łatwością się wspina, a zachowanie równowagi nawet na dłuższy czas nie stanowi dla niej problemu, niezależnie od wysokości. Nawet ptak-nielot nie obawia się swojego żywiołu, zwłaszcza jeśli jest mistrzem poruszania się po dachach i koronach drzew.
Zainteresowania: Czym może się zajmować wędrowny kuglarz? Jako, że Sikorka stanowczą większość czasu spędza na plątaniu się ze swoim wybrankiem po traktach i miastach, jej zainteresowania nie mogą kolidować z raz obranym stylem życia. Spędza wiele czasu w towarzystwie zupełnie obcych jej osób, nic dziwnego więc, że za każdym razem ma okazję poznawać inne historie. Zawsze słucha ich z dziecięcą niemal fascynacją, chcąc jak najwięcej się dowiedzieć póki ma ku temu okazję. Poza tym zajmuje się głównie doszlifowywaniem swoich umiejętności: łazi na chorych wysokościach po wąskich belkach czy linach, żongluje lub rzuca piórami do celu. Będąc w miastach nietrudno ją znaleźć w otoczeniu dzieciaków, z ciekawością wypytujących ją o wszystko co tylko im przyjdzie do głowy. Lgnie do niej także wszelkie ptactwo. Zaskakująco lubi najzwyklejsze lenistwo. Wylegiwanie się na trawie czy gałęziach drzew, wsłuchując się w próby jej ukochanego Słowika mają swoją niepowtarzalną przyjemność, której nie potrafi sobie odmówić.
Charakter: ,,I w najmniejszym ciałku może bić lwie serce: dzikie, szlachetne i nie do złamania” - tym jednym zdaniem można by perfekcyjnie opisać Sikorkę. Patrząc na nią stanowcza większość ludzi uznaje kobietę za to, czym właściwie jest: drobną kuglarkę jakiejś dziwnej rasy, której w życiu nie widzieli na oczy. Kobieta jednak stanowi idealną przedstawicielkę słynnego stereotypu mówiącego, że im coś jest mniejsze, tym wyżej skacze. Rhen nie zwraca najmniejszej uwagi na swoje rozmiary. Jest niesamowicie odważna i pewna siebie. Ma swoją dumę, której nie pozwala obrażać. Kogoś lepiej ją znającego nie dziwi więc już widok niskiej avianki ciągnącej za ucho o głowę wyższego draba, który odważył się ją chwycić za tyłek jak byle ,,damę lekkich obyczajów”. W jej towarzystwie podobne sceny stają się wręcz rutyną, zwłaszcza, że Rhenawedd nie znosi grubiaństwa i będąc jego świadkiem ciężko ją powstrzymać przed wtrąceniem się. W takich sytuacjach odzywa się właśnie Kania sprzed trzydziestu lat, nie bojąca się splunąć w twarz komuś naprawdę nie zasługującemu na nic innego. Osobie okazującej prawdziwy szczyt chamstwa sama odwdzięczy się z nawiązką, bo skoro traktuje tak wszystkich wokół to najwyraźniej nie nawykł do innego traktowania. Działa to też w drugą stronę - imponuje jej odpowiednia kultura i na pewno zwróci raz okazany jej szacunek. Jest świetnie obeznana w etykiecie. Widać w niej wyraźny wpływ uporu rodziców, próbujących na siłę zrobić z Kukułki damę na miarę dworu królewskiego. Co poradzić? Zamiast ślicznej szczebiotliwej idiotki szczerzącej się do każdego faceta dostali równie śliczną lecz pyskatą babę, nie lubiącą gdy ktoś urąga jej inteligencji próbując ją wykorzystać. Dziewczyny nie idzie oszukać. Nie naciągniesz ją na kasę czy wygląd, bo Rhenawedd jest pewna, że w życiu zyskała już wszystko czego naprawdę potrzebowała, czyli wolność i miłość. Biada temu, kto spróbuje jej coś z tego bezcennego dobytku zabrać. Zamykanie jej w klatce (zarówno przysłowiowej jak i dosłownej) nie skończy się dobrze dla nikogo za to odpowiedzialnego. Jeszcze gorzej może potraktować tych, którzy odważą się coś zrobić jej ukochanemu lub któremukolwiek z jej przyjaciół (chociaż zamach na Kage to zupełnie osobna kategoria zemsty). Chociaż jest z reguły łagodną osobą, zagrożenie którejkolwiek z cenionych przez nią wartości może popchnąć ją do rzeczy, których potem będzie żałować. Kobieta nierzadko bierze na siebie stanowczo za duży ciężar. Gdy nikt inny nie wystąpi przed szereg by przejąć inicjatywę, prawdopodobnie zrobi to właśnie ona. Czuje się odpowiedzialna za to co kocha i nie boi się podjąć związane z tym ryzyko. Co za tym idzie, jeśli wszystko nie pójdzie po dobrej myśli, przyjmuje także wszelką winę. Nienawidzi samotności. O wiele pewniej czuje się mając świadomość, że ktoś ją wspiera, choćby i była to tylko jedna osoba na całym świecie. Lubi spędzać czas w towarzystwie. Chętnie wpycha się między choćby i zupełnie nieznajomych jej ludzi, jeśli tylko wyrażą zgodę na jej towarzystwo. Ta drobna osóbka wydaje się emanować pozytywną energią. Jej twarz przez większość czasu zdobi szczery, przyjemny uśmiech. Równocześnie widać w niej pewną dzikość, jakby w jej krwi pozostało nieco więcej dawnych avian niż dzisiejszych. W błyszczących jak wesołe ognisko oczach widać błysk zgrywusa, a zachowanie zaniepokojonej Rheny przywodzi na myśl przygotowanego do szybkiej ucieczki ptaka. Łatwo zdobywa cudze zaufanie, zwłaszcza dzieci. Gdyby była nieco lepiej wykształcona, mogłaby zostać świetną nauczycielką. Mimo wszystko nigdy nie narzeka na to, jak potoczyło się jej życie. Najwyraźniej pisane jej było bawienie najmłodszych jako podróżna kuglarka, a nie męczenie ich interpretacjami i recytacją. Jest nad wyraz opiekuńcza. Zdarza się, że traktuje innych jak nieświadome pisklęta, które potrzebują jej pomocy. Stanowczo za łatwo przywiązuje się do ludzi i zwierząt. Przez to każdy zawód boli ją jeszcze bardziej. Natura może i pożałowała jej siły fizycznej, ale psychicznej ma aż nad to. Ciężko doprowadzić ją do płaczu, jeszcze trudniej zmusić do ustąpienia swoich racji. Nigdy nie dałaby się nikomu złamać, gardzi też zdradą i kłamstwem (chociaż tego ostateniego sama się dopuszcza, jeśli jest do tego zmuszona). Avianka ma wielkie serce, które potrafi okazać nawet człowiekowi najgorszego sortu. Nie musi nawet prosić o pomoc - Rhen i tak się uprze i choćbyś się zapierał o drzwi w końcu będziesz musiał jej ustąpić. Pomogłaby całemu światu, gdyby tylko przyjął to z równą chęcią.
Historia: Matka Rhen zwykła mawiać, że życie niewiele różni się od bajki, którą słyszymy po raz pierwszy. Trzeba jednak pamiętać, iż to my ją opowiadamy i w większości musimy improwizować. Nie znamy jeszcze końca, a jedynie delikatnie go sobie zarysowujemy w tyle głowy. Niektórych czynników nie da się zaplanować. Mogą nam zrujnować wszystko i zniechęcić do dalszej opowieści...albo nadać jej żywszej barwy. Dobry bajarz nie narzeka, że ktoś mu się wcina w słowo dokładając do jego opowieści coś nowego, tylko kontynuuje z uwzględnieniem komentarza. Trzeba się umieć dostosować. Pewnych wyborów nie możemy cofnąć.
Życie Kani od pewnego momentu faktycznie przypomina jakąś typową romantyczną bajkę. I nie da się ukryć, że gdyby nie ona, byłoby zdecydowanie nudniejsze.
Urodziła się na zachód od Erden, w kraju, który już nie istnieje i domu, który najpewniej spłonął. Jej rodzinne miasto było darem od ludzi dla przyjaznych avian. Sporą część życia spędziła więc wśród swoich pobratymców. Była ósmym dzieckiem trzynastego pokolenia rodziny Drakkarów...czyli nie pisano jej najlepszej przyszłości wśród elit. Przez jakiś czas miewała z tego powodu kompleksy - spróbuj no wytrzymać w towarzystwie pięciu napuszonych pawich córek (matka by ją stłukła za takie słownictwo), mających na czele dwa równie zadufane indyki. Nie cierpiała swoich sióstr. Nie umiała się z nimi dogadywać, a starsi od reszty dwaj bracia byli wiecznie zajmowani przez ojca ,,tym, co przyda im się w życiu”. Miało to jeden zasadniczy plus: nie kontrolowano jej. Była pomijana, jakby niezauważana. Nic więc dziwnego, że najmniejsza i najmłodsza z Drakkarów okazała się tą najbardziej psotną i niegrzeczną. Uciekała z lekcji, przyjęć, czasem nawet nie przychodziła na rodzinne obiady, zamiast tego szwendając się po pobliskim lesie lub bawiąc z ludzkimi i nieludzkimi dzieciakami. Aż ciężko uwierzyć, że krnąbrna dziewczyna kradnąca jabłka z sadu sąsiadów i plująca z balkonu na siostry mogła wyrosnąć na inteligentną i odpowiedzialną kobietę...
Ojciec zwrócił na nią większą uwagę dopiero gdy nieco dorosła. Miał serdecznie dosyć jej wybryków. Próbował ją przekonać, że to dziecinne i jako jedna z jego córek powinna prezentować nieco lepszy poziom. Dwunastolatka tylko przewracała oczami podczas każdego z wykładów. W końcu jednak zamiast wykładów po prostu zaczęto jej pilnować. Skończyły się ucieczki, odrapane kolana i dłonie, liście we włosach, wesołe tańce na miejskich rynku do przygrywek minstreli, a zaczęły się lekcje, porządny makijaż, eleganckie stroje i przyjęcia. Chociaż wtedy bardzo na to wszystko narzekała, dzisiaj nie może przed sobą ukryć, że wszystko ostatecznie wpłynęło na nią pozytywnie. Zwłaszcza bale. To tam nauczyła się naprawdę tańczyć, tam pokochała muzykę...i przede wszystkim to właśnie na jednym z nich wpadła na Serkage Ossovę.
Złotopióry chłopak był od niej trzy lata starszy. Pochodził z rodziny od jakiegoś czasu skłóconej z Drakkarami (poszło o jakąś głupią ,,męską” sprawę, dziewczyna już nie pamięta jaką). Początkowo była przekonana, że to kolejny podsyłany jej przez ojca kawaler mający przekonać ją do znalezienia sobie wybranka. Jednak nazwisko Kage było wystarczającym dowodem na to, że rozmawiał z nią z własnej woli. Ciężko ująć w słowach, co Kukułka właściwie czuła w jego towarzystwie. Był o wiele weselszy od reszty sztywnego towarzystwa, nie obawiał się głośniej roześmiać, może czasem zachowywał się dosyć dziecinnie. Słowem, szybko znalazł z Kanią wspólny język. Na dodatek pięknie śpiewał (i uroczo strzygł uszami, ale takie szczegóły sobie podaruję). Jednak najbardziej urzekł ją fakt, że nie patrzył na nią jak na córkę Drakkarów i ,,dobrą partię”. Dla niego była po prostu Rhen.
Rodziców avianki pozytywnie zdziwiło jak często i chętnie wybierała się z nimi na przyjęcia. Ojciec uznał, że najwyraźniej w końcu zmądrzała. Matka jednak mając nosa do podobnych spraw zaczynała snuć podejrzenia. Za dobrze swoją córkę znała, by uwierzyć w niesamowitą przemianę. I nie myliła się: pewnego razu któraś z sióstr Rhenawedd doniosła ojcu, że widziała ją w towarzystwie Serkage i to już nie pierwszy raz. Sikorkę znowu czekały wywody, tym razem próbujące jej udowodnić, że rodzina Ossovów to ich najgorszy wróg, a ona powinna sobie znaleźć lepszego partnera. Gdy i to nie działało, po prostu zabronili jej pojawiać się na przyjęciach poza ich własnymi, gdzie żaden Ossova nie stawiał stopy. Rozwiązanie i tego problemu było dziecinnie proste. Ktoś bardziej spostrzegawczy zauważyłby, że odkąd z przyjęć zniknęła najmłodsza z Drakkarów, Serkage również przestał się tam pojawiać. Zabawne, że próby zrobienia z Rhenawedd idealnej damy popchnęły ją do ponownego wymykania się z domu. Wracała przed rodziną, zacierając wszelkie ślady razem z zaprzyjaźnioną służącą (która de facto miała ją przed czymś podobnym powstrzymywać) i po trzech latach sprawa jakby się zabliźniła.
Oboje kochanków marzyło o okazji do wspólnej ucieczki. Chcieli być razem bez żadnych obaw i czuć się z tego dumni. Jednak planowanie to jedno, a faktyczne działanie wymagało jednak nieco więcej niż chęci. Kto wie, czy kiedykolwiek Rhen odważyłaby się uciec, gdyby okoliczności ją do tego nie popchnęły.
Nie można było tego nazwać miłym zrządzeniem losu. Zrządzeniem losu - owszem, nawet pomocnym, ale na pewno nie miłym. W kraju doszło do rewolty. Do miast wpadali spragnieni krwi najemnicy, linczując i mordując wszystko co odstawało od ludzi w jakikolwiek sposób. Także i avian musiało to kiedyś dosięgnąć. Rhen nigdy nie zapomni widoku rannych, półmartwych niemal mieszańców ściągających do domu Drakkarów w poszukiwaniu pomocy. Inne rodziny również udzielały pomocy, ale same musiały myśleć o ucieczce w bardziej przyjazne strony. A Kania doskonale wiedziała komu powinna towarzyszyć.
Jej zniknięcia szybko nie zauważono - za dużo się wokół działo, by zwracać na nią większą uwagę. Mistrzyni ucieczek nie zmarnowała okazji i po raz ostatni już wymknęła się spod klosza rodziców. Reszta historii może już uchodzić za szczęśliwe zakończenie: uciekła bez szwanku razem ze swoim ukochanym i od tamtej pory podróżują razem od miasta do miasta, ciesząc ludzi występami, mając to, co najważniejsze - siebie nawzajem.
Ale przecież bajka nie dobiegła jeszcze końca. Rhenawedd jednak nie obawia się już zakończenia. Na pewno będzie piękne.
Partner: Serkage - jej niezastąpiony Orzeł obrońca i wdzięczny Słowik w jednym. Lepszego partnera nie mogłaby sobie wymarzyć.
Rodzina: Gdy uciekała z domu miała ojca, matkę, dwójkę braci i piątkę sióstr - wszyscy starsi od niej. W głębi serca żywi głęboką nadzieję, że nic im się nie stało i bezpiecznie uciekli. Równie mocno liczy na to, że już nigdy więcej ich nie spotka.
Towarzysz: Chętnie wzięłaby ze sobą każdego pierzastego przyjaciela, ale nie miałaby serca odebrać wolności czemukolwiek.
Szczegóły: - Panicznie boi się ciasnych przestrzeni. Już siedząc w pomieszczeniu o niskim stropie coś ją zaczyna ściskać w gardle. Zamknięcie jej w ciasnej klitce może grozić wydrapaniem oczu, gdy już stamtąd wyjdzie (albo już przy próbie zamknięcia).
- Nie lubi kotów. Niby durny przesąd, ale po prostu ich nie lubi. Nawet inne kotowate rasy mogą budzić w niej niepokój.
- Pływanie również nie napawa jej entuzjazmem. Nie chodzi tu o hydrofobię. Po prostu rozsądek Rheny nie uznaje wskakiwanie do wody głębszej niż po pas za genialny pomysł. Każdego wytykającego jej to człowieka najchętniej wsadziłaby w kolczugę i kazała przepłynąć na drugą stronę Tut Sonsut - niech się poczuje jak ciężki od mokrych piór avianin.
- Ostatnim z lęków Kukułki jest strach przed samotnością. Nie jest on tak zaawansowany jak jej klaustrofobia, ale na tyle rozwinięty, by obawiała się zasypiać bez czyjejś obecności w pobliżu. Odkąd może bezkarnie wtulać nos w skrzydło Kage, problem właściwie nie występuje. Gdy jednak i jej osobistej poduszki brakuje (o zgrozo), na pewno w środku nocy przypląta się do którejś ze znajomych jej osób, z iście dziecinnym zapytaniem ,,Mogę tu spać?”.
- Gdy jest zadowolona, mimowolnie strzyże uszami. Nie umie jednak tego robić na zawołanie, co uznaje za okrutną niesprawiedliwość. Nietrudno też poznać, że zaczyna tracić cierpliwość - drga jej przy tym lewe ucho, jakby przelatywała obok niego wyjątkowo upierdliwa mucha. Tego niestety również nie kontroluje.
Autor: RedRidingHood
środa, 10 maja 2017
Od Falki c.d. Angusa
Te blade, władcze oczy i blizna od razu pozwoliły mi rozpoznać z kim miałam do czynienia. Po moim ciele przebiegł delikatny dreszcz adrenaliny. Konfrontacja z królem! Pierwszy raz od dawna spotkało mnie coś ciekawego.
- No, niech ci będzie, nie musisz mówić kim jesteś, ale...
- Ale co? - pobłażliwy uśmiech monarchy nieco mnie zirytował.
Zawsze denerwowałam się, kiedy ktoś powątpiewał w moje umiejętności. Zachowałam jednak kamienną twarz. Jeszcze bardziej nie lubiłam traktowania mnie jak naiwnej i głupiutkiej dziewczynki, a powaga zawsze dodawała ludziom dojrzałości. Poczęstowałam przeciwnika jednym z "dzikich spojrzeń", na którego widok kąciki ust mężczyzny opadły z powrotem, a czoło delikatnie się zmarszczyło. W pewnym momencie rzuciłam słabe zaklęcie ogłuszające. Wystarczyło jednak, aby odciągnąć uwagę starca, ponownie odebrać mu dzierżoną w dłoni sakiewkę i rzucić się do ucieczki.
- Oż ty... - syknął król. - Co żeś się dziewczyno tak uparła na moje pieniądze?
Odzyskawszy orientację w terenie i wszystkie zmysły ruszył w pogoń. Był szybki jak na swój, wiek, ale zanim do mnie dobiegł już wspinałam się na jeden z budynków. Biegnąc po dachach oszacowywałam po wadze sakiewki ile mniej więcej udało mi się zdobyć. Po paru minutach dotarłam do końca połączonych domostw i musiałam zejść. Tym razem zachowałam większą ostrożność, dzięki czemu dałam radę sparować wymierzony we mnie cios. Staruszek nie dawał za wygraną. Sakiewkę przyczepiłam do swojego pasa, aby móc lepiej władać ostrzem. Bezludna uliczka, w której się znajdowaliśmy ledwo zmieściła by powóz dla dwóch koni. Miałam jako takie pojęcie o walce w ciasnej przestrzeni, jednak mój przeciwnik do najgorszych nie należał. Oboje czujnie obserwowaliśmy swoje poczynania wyczekując ruchu bądź błędu przeciwnika. Niestety w swoim skupieniu nie zauważyłam jabłka, które nie wiadomo skąd się tam wzięło i straciłam równowagę. Cho.lerne jabłka. To pewnie zemsta za kradzież. Monarcha wykorzystał moment i skoczył w moim kierunku szykując się do uderzenia. Zrobiłam zgrabny przewrót w tył unikając ostrza, lecz po chwili znów musiałam zasłonić się orężem. Brzdęknięcie stali odbiło się echem po pobliskich ścianach. Z niemałym trudem odepchnęłam na bok miecz przeciwnika wykonałam zwód w prawo i błyskawiczny pół piruet w lewo. Na moje nieszczęście król znał tę kombinację i poczułam jak upadam na ziemię. Chciałam podnieść broń, aby zachować dystans do przeciwnika, lecz nagle w szyję łaskotał mnie ostry jak brzytwa metal. Spojrzałam przeciwnikowi w oczy. W moich można było dostrzec jedynie żądzę walki i gotowość do jej kontynuowania. Miałam przecież jeszcze ziejącego ogniem asa w rękawie. Jednak zanim zdążyłam przygotować się do przemiany król schował miecz do pochwy.
- Nie najgorzej - skwitował pojedynek. - Musisz się jeszcze wiele nauczyć, ale dasz radę.
- Z czym? - odparłam oschle podnosząc się z bruku.
- Z zadaniem. Mam misję dla szpiega.
- Król korzysta z usług przestępców? - zapytałam uśmiechając się delikatnie z przekąsem. - To chyba niezbyt zgodne z prawem jak mniemam.
- Czyli jednak wiesz kim jestem? - zignorował moją uwagę.
- Z całym szacunkiem, ale trzeba być ślepym, żeby nie rozpoznać króla.
- I mimo wszystko mnie okradłaś... - w jego głosie dało się rozpoznać zdziwienie pomieszane z rozbawieniem. - W każdym razie, Filius zna szczegóły i ma twoje wynagrodzenie.
- Swoje wynagrodzenie to już mam - odpowiedziałam klepiąc się po pasie. - A co do szczegółów, miło by było usłyszeć je bezpośrednio od zleceniodawcy...
Angus? Stracisz do smoczycy cierpliwość, czy zniesiesz jej nieuprzejmość?
- No, niech ci będzie, nie musisz mówić kim jesteś, ale...
- Ale co? - pobłażliwy uśmiech monarchy nieco mnie zirytował.
Zawsze denerwowałam się, kiedy ktoś powątpiewał w moje umiejętności. Zachowałam jednak kamienną twarz. Jeszcze bardziej nie lubiłam traktowania mnie jak naiwnej i głupiutkiej dziewczynki, a powaga zawsze dodawała ludziom dojrzałości. Poczęstowałam przeciwnika jednym z "dzikich spojrzeń", na którego widok kąciki ust mężczyzny opadły z powrotem, a czoło delikatnie się zmarszczyło. W pewnym momencie rzuciłam słabe zaklęcie ogłuszające. Wystarczyło jednak, aby odciągnąć uwagę starca, ponownie odebrać mu dzierżoną w dłoni sakiewkę i rzucić się do ucieczki.
- Oż ty... - syknął król. - Co żeś się dziewczyno tak uparła na moje pieniądze?
Odzyskawszy orientację w terenie i wszystkie zmysły ruszył w pogoń. Był szybki jak na swój, wiek, ale zanim do mnie dobiegł już wspinałam się na jeden z budynków. Biegnąc po dachach oszacowywałam po wadze sakiewki ile mniej więcej udało mi się zdobyć. Po paru minutach dotarłam do końca połączonych domostw i musiałam zejść. Tym razem zachowałam większą ostrożność, dzięki czemu dałam radę sparować wymierzony we mnie cios. Staruszek nie dawał za wygraną. Sakiewkę przyczepiłam do swojego pasa, aby móc lepiej władać ostrzem. Bezludna uliczka, w której się znajdowaliśmy ledwo zmieściła by powóz dla dwóch koni. Miałam jako takie pojęcie o walce w ciasnej przestrzeni, jednak mój przeciwnik do najgorszych nie należał. Oboje czujnie obserwowaliśmy swoje poczynania wyczekując ruchu bądź błędu przeciwnika. Niestety w swoim skupieniu nie zauważyłam jabłka, które nie wiadomo skąd się tam wzięło i straciłam równowagę. Cho.lerne jabłka. To pewnie zemsta za kradzież. Monarcha wykorzystał moment i skoczył w moim kierunku szykując się do uderzenia. Zrobiłam zgrabny przewrót w tył unikając ostrza, lecz po chwili znów musiałam zasłonić się orężem. Brzdęknięcie stali odbiło się echem po pobliskich ścianach. Z niemałym trudem odepchnęłam na bok miecz przeciwnika wykonałam zwód w prawo i błyskawiczny pół piruet w lewo. Na moje nieszczęście król znał tę kombinację i poczułam jak upadam na ziemię. Chciałam podnieść broń, aby zachować dystans do przeciwnika, lecz nagle w szyję łaskotał mnie ostry jak brzytwa metal. Spojrzałam przeciwnikowi w oczy. W moich można było dostrzec jedynie żądzę walki i gotowość do jej kontynuowania. Miałam przecież jeszcze ziejącego ogniem asa w rękawie. Jednak zanim zdążyłam przygotować się do przemiany król schował miecz do pochwy.
- Nie najgorzej - skwitował pojedynek. - Musisz się jeszcze wiele nauczyć, ale dasz radę.
- Z czym? - odparłam oschle podnosząc się z bruku.
- Z zadaniem. Mam misję dla szpiega.
- Król korzysta z usług przestępców? - zapytałam uśmiechając się delikatnie z przekąsem. - To chyba niezbyt zgodne z prawem jak mniemam.
- Czyli jednak wiesz kim jestem? - zignorował moją uwagę.
- Z całym szacunkiem, ale trzeba być ślepym, żeby nie rozpoznać króla.
- I mimo wszystko mnie okradłaś... - w jego głosie dało się rozpoznać zdziwienie pomieszane z rozbawieniem. - W każdym razie, Filius zna szczegóły i ma twoje wynagrodzenie.
- Swoje wynagrodzenie to już mam - odpowiedziałam klepiąc się po pasie. - A co do szczegółów, miło by było usłyszeć je bezpośrednio od zleceniodawcy...
Angus? Stracisz do smoczycy cierpliwość, czy zniesiesz jej nieuprzejmość?
wtorek, 9 maja 2017
Od Angusa c.d. Falki - Kim jesteś?
-Żegnam.- Po sali rozniósł się twardy głos kończący wszelkie rozmowy.
-Książę Zerkweg...- Odezwał się drugi, dużo słabszy i wyraźnie niepewny głos, którem szybko przerwano.
-Śmiesz mi grozić?- Siwy mężczyzna uniósł się na tronie prezentując się w pełnej okazałości. Wyglądał niczym góra przy drobnej posturze posłańca, który skulił się pod naporem chłodnych oczu władcy.
-Skąd Panie... Wybacz...- Wydusił wbijając wzrok w podłogę.
-Margan jeśli czegoś chce niech sam tu przyjdzie. Niech jednak pamięta czyim jest wasalem. A teraz wyjdź. I pamiętaj na wszelkie tego typu prośby mówię "NIE!"- Ryk króla aż dzwonił w uszach, goniec ukłonił się najgłębiej jak umiał, niemal dotykając nosem ziemi i w takiej pozycji opuścił salę, dalej odprowadzili go poza mury zamku straże. Angus opadł na tron zdejmując koronę i przecierając zmęczone oczy.
-Nie powinieneś mój królu być tak brutalny...- Odezwała się cicho kobieta, która niepostrzeżenie weszła do pomieszczenia.
-Och, Sally... Uwierz mi muszę, wiesz jakie jest Zerkweg, nie mogę pozwolić by zaczęli wprowadzać reżim religijny to doprowadzi do kolejnej wojny a ja już ich wystarczająco zakończyłem
-Tylko jedną.- Przypomniała z miłym uśmiechem podając władcy parujący napar.
-I o jedną za dużo, wolałbym gdybym żadnej nigdy nie musiał.
-Przynieść może wina lub posiłek?
-Nie. Podaj mi tylko płaszcz muszę jeszcze coś załatwić...
Nikt nie zorientował się gdy przygarbiona postać w kapturze przeszła spod zamku wtapiając się w tłum. Owa postać, choć lekko zgarbiona poruszała się żwawo i nie pałętała się bez sensu po ulicach jak większość żebraków. Ten miał jakiś cel. Wszedł do niepozornego sklepiku z różnorodnościami, on wiedział jednak że prowadzący go krasnolud był pośrednikiem między zleceniodawcami i wykonawcami. Oczywiście nie były to legalne zlecenia, ale co go to obchodziło? Nie on był od poszukiwania przestępców a zakon lwiego serca, miał ważniejsze sprawy na głowie niż jakiś tam drobny złodziejaszek.
-Witaj przyjacielu.- Uścisnął dłoń krasnoluda
-Nawet nie wiesz jak się głupio czuję gdy nie mogę się ukłonić żeby cię nie zdradzić.- Zażartował sklepikarz półszeptem.
-Słuchaj mam sprawę...
-Trafiłeś w dobre miejsce, jak zawsze
-To bardzo ważne. Powiedz skąd bierzesz tak drobne kobiety?- Zaśmiali się patrząc ukradkiem na dziewczynę zaaferowaną własną koszulą. -Dobra ale teraz poważnie, potrzebuję szpiega.- Nagle spoważniał marszcząc brwi.
-Na jedno zlecenie?
-Na razie tak, później jeszcze do ciebie zawitam. Na razie, chcę by ktoś śledził gońca z Zerkweg, a później zorientował się jak wygląda tamtejsza sytuacja. Tutaj masz żeby zapłacić mu z góry.- Podał Krasnoludowi i wyszedł żegnając się w drzwiach. Ledwie opuścił przybytek a dziewczyna która siedziała wcześnie wewnątrz wpadła na niego. To nie mógł być przypadek. Angus sprawdził pasek i zorientował się że dziewczyna go okradła. Ruszył za nią, dziewczyna nieświadoma że ma cień skręciła w boczną alejkę by sprawdzić swoją zdobyć. gdy oglądała złoto oczy aż jej się świeciły. Nie nacieszyła się długo swoją zdobyczą bo nagle czyjeś ramię uniosło ją w górę niczym szmacianą lalkę a drugą ręką zabrał swoją własność.
-Nie uczyła cię matka że nie wolno kraść?- Karcący dziewczynę głos był tak głęboki że ta skuliła się nieco. Mężczyzna odstawił ją na ziemię.Wtedy odzyskała pewność siebie.
-Może? A ty co mnie śledzisz starcze? Nie jestem panienką do towarzystwa, a jeśli chcesz się o tym przekonać to mocno cię to zaboli.- Zaczęła mu grozić na co odpowiedział jej jedynie gromki śmiech.
-Ach dziewczyno... za młoda, za naiwna...- Poklepał ją po głowię odchodząc.
-Hej!- Zawołała za nim. Zakapturzona postać powoli obróciła się w jej kierunku ciekawa co jeszcze może chcieć mała złośnica. -Kim jesteś?
-Zwykłym starcem z dziwnym poczuciem humoru.- Zaśmiał się, na co jego rozmówczyni skrzyżowała ręce na piersi i zaczęła tupać nogą.
-"Zwykli" nie noszą przy sobie takiej sumy, ani takiego miecza. Więc lepiej przyznaj się kim jesteś, zanim zedrę Ci ten kaptur razem z uśmieszkiem.
-Spostrzegawcza jesteś, ale nie chcę cię straszyć ani zrażać a gdybyś dowiedziała się kim jestem nie rozmawiałabyś tak spokojnie.- Znów zaśmiał się pewny siebie.
-Ach tak? Zobaczymy!- Ruszyła pewnym siebie krokiem w stronę mężczyzny, ten wyprostował się prezentując się w pełnej krasie. Był dużo większy od niej, a na dodatek blade spojrzenie spod kaptura zatrzymało ją.
-No... Niech tobie będzie, nie musisz mówić kim jesteś ale...
-Ale co?- twarz starca ponownie wykrzywił miły a równocześnie złośliwy uśmiech.
Falka? "Ale co?"
-Książę Zerkweg...- Odezwał się drugi, dużo słabszy i wyraźnie niepewny głos, którem szybko przerwano.
-Śmiesz mi grozić?- Siwy mężczyzna uniósł się na tronie prezentując się w pełnej okazałości. Wyglądał niczym góra przy drobnej posturze posłańca, który skulił się pod naporem chłodnych oczu władcy.
-Skąd Panie... Wybacz...- Wydusił wbijając wzrok w podłogę.
-Margan jeśli czegoś chce niech sam tu przyjdzie. Niech jednak pamięta czyim jest wasalem. A teraz wyjdź. I pamiętaj na wszelkie tego typu prośby mówię "NIE!"- Ryk króla aż dzwonił w uszach, goniec ukłonił się najgłębiej jak umiał, niemal dotykając nosem ziemi i w takiej pozycji opuścił salę, dalej odprowadzili go poza mury zamku straże. Angus opadł na tron zdejmując koronę i przecierając zmęczone oczy.
-Nie powinieneś mój królu być tak brutalny...- Odezwała się cicho kobieta, która niepostrzeżenie weszła do pomieszczenia.
-Och, Sally... Uwierz mi muszę, wiesz jakie jest Zerkweg, nie mogę pozwolić by zaczęli wprowadzać reżim religijny to doprowadzi do kolejnej wojny a ja już ich wystarczająco zakończyłem
-Tylko jedną.- Przypomniała z miłym uśmiechem podając władcy parujący napar.
-I o jedną za dużo, wolałbym gdybym żadnej nigdy nie musiał.
-Przynieść może wina lub posiłek?
-Nie. Podaj mi tylko płaszcz muszę jeszcze coś załatwić...
Nikt nie zorientował się gdy przygarbiona postać w kapturze przeszła spod zamku wtapiając się w tłum. Owa postać, choć lekko zgarbiona poruszała się żwawo i nie pałętała się bez sensu po ulicach jak większość żebraków. Ten miał jakiś cel. Wszedł do niepozornego sklepiku z różnorodnościami, on wiedział jednak że prowadzący go krasnolud był pośrednikiem między zleceniodawcami i wykonawcami. Oczywiście nie były to legalne zlecenia, ale co go to obchodziło? Nie on był od poszukiwania przestępców a zakon lwiego serca, miał ważniejsze sprawy na głowie niż jakiś tam drobny złodziejaszek.
-Witaj przyjacielu.- Uścisnął dłoń krasnoluda
-Nawet nie wiesz jak się głupio czuję gdy nie mogę się ukłonić żeby cię nie zdradzić.- Zażartował sklepikarz półszeptem.
-Słuchaj mam sprawę...
-Trafiłeś w dobre miejsce, jak zawsze
-To bardzo ważne. Powiedz skąd bierzesz tak drobne kobiety?- Zaśmiali się patrząc ukradkiem na dziewczynę zaaferowaną własną koszulą. -Dobra ale teraz poważnie, potrzebuję szpiega.- Nagle spoważniał marszcząc brwi.
-Na jedno zlecenie?
-Na razie tak, później jeszcze do ciebie zawitam. Na razie, chcę by ktoś śledził gońca z Zerkweg, a później zorientował się jak wygląda tamtejsza sytuacja. Tutaj masz żeby zapłacić mu z góry.- Podał Krasnoludowi i wyszedł żegnając się w drzwiach. Ledwie opuścił przybytek a dziewczyna która siedziała wcześnie wewnątrz wpadła na niego. To nie mógł być przypadek. Angus sprawdził pasek i zorientował się że dziewczyna go okradła. Ruszył za nią, dziewczyna nieświadoma że ma cień skręciła w boczną alejkę by sprawdzić swoją zdobyć. gdy oglądała złoto oczy aż jej się świeciły. Nie nacieszyła się długo swoją zdobyczą bo nagle czyjeś ramię uniosło ją w górę niczym szmacianą lalkę a drugą ręką zabrał swoją własność.
-Nie uczyła cię matka że nie wolno kraść?- Karcący dziewczynę głos był tak głęboki że ta skuliła się nieco. Mężczyzna odstawił ją na ziemię.Wtedy odzyskała pewność siebie.
-Może? A ty co mnie śledzisz starcze? Nie jestem panienką do towarzystwa, a jeśli chcesz się o tym przekonać to mocno cię to zaboli.- Zaczęła mu grozić na co odpowiedział jej jedynie gromki śmiech.
-Ach dziewczyno... za młoda, za naiwna...- Poklepał ją po głowię odchodząc.
-Hej!- Zawołała za nim. Zakapturzona postać powoli obróciła się w jej kierunku ciekawa co jeszcze może chcieć mała złośnica. -Kim jesteś?
-Zwykłym starcem z dziwnym poczuciem humoru.- Zaśmiał się, na co jego rozmówczyni skrzyżowała ręce na piersi i zaczęła tupać nogą.
-"Zwykli" nie noszą przy sobie takiej sumy, ani takiego miecza. Więc lepiej przyznaj się kim jesteś, zanim zedrę Ci ten kaptur razem z uśmieszkiem.
-Spostrzegawcza jesteś, ale nie chcę cię straszyć ani zrażać a gdybyś dowiedziała się kim jestem nie rozmawiałabyś tak spokojnie.- Znów zaśmiał się pewny siebie.
-Ach tak? Zobaczymy!- Ruszyła pewnym siebie krokiem w stronę mężczyzny, ten wyprostował się prezentując się w pełnej krasie. Był dużo większy od niej, a na dodatek blade spojrzenie spod kaptura zatrzymało ją.
-No... Niech tobie będzie, nie musisz mówić kim jesteś ale...
-Ale co?- twarz starca ponownie wykrzywił miły a równocześnie złośliwy uśmiech.
Falka? "Ale co?"
Od Falki
- Robert! Rusz się leniwa klucho! Mąka przyjechała!
Ta piękna i wyszukana fraza zbudziła mnie z przyjemnego snu. Usiadłam na łóżku i przeciągnęłam się ziewając przy tym nieelegancko. Z trudem wyślizgnęłam się spod cieplej kołdry i poczłapałam do miski z wodą, która miała niezbyt zachęcającą, krwistoczerwoną barwę. Westchnęłam na jej widok po raz kolejny żałując, że odrzuciłam propozycję pewnego maga wody, który w zamian za drobną opłatę chciał mnie nauczyć zaklęcia oczyszczającego życiodajną ciecz. W samej koszuli nocnej wyszłam na korytarz, aby cudownym trafem spotkać syna właścicieli piekarni, tymczasowo służącej mi za noclegownię.
- Hej, młody! - zawołałam chłopaka. - Chcesz zarobić?
Młodzieniec pokonawszy swoją niechęć do mojej osoby podszedł bliżej zainteresowany. Wtedy wcisnęłam mu w ręce miskę z czerwoną cieczą.
- Przyniesiesz świeżą wodę? Dzięki.
I nie czekając na odpowiedź zamknęłam drzwi od pokoju. Posłaniec wrócił, a ja zdążyłam się w tym czasie wstępnie przyodziać.
- Co tak długo? - zapytałam z irytacją.
- Gdzie moja wypłata? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Za tak mozolne wykonanie zlecenia ci się nie należy.
- Co?!
- Żartuję - uległam błagalnemu spojrzeniu ogromnych brązowych oczu. - Łap.
Moneta z brzękiem upadła na drewnianą podłogę. Refleksu to chłopak nie miał. Gdy dokończyłam poranną toaletę i całkowicie się ubrałam opuściłam piekarnię, pozdrawiając przy tym jej właścicieli. Może i byłam zbirem, ale gościnę potrafiłam uszanować. Nawet jeśli była ona narzucona groźbami i ostrzem miecza przy gardle. Dostojnym krokiem zbliżałam się do centrum stolicy. Pora była dość wczesna, lecz i tak tłum był przytłaczający. Miało to jednak swoje plusy. Przechodząc obok straganu z owocami mogłam porwać jedno jabłko nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Zadowolona z udanego łupu szłam dalej w miedzy czasie pożerając zdobycz. Zdążyłam zjeść cały owoc zanim trafiłam do celu. Sklep z przeróżnymi dobrami, od tkanin, przez narzędzia na drobnej broni kończąc był prowadzony przez Filiusa. Krasnoluda bedącego rownocześnie pośrednikiem pomiędzy stołecznymi najemnikami, czy mordercami, a potencjalną klientelą.
- O! Witam panią Stark! - pomieszczenie wypełnił jego niski i donośny głos. - Co panią dziś do mnie sprowadza?
Zadając pytanie wskazał teatralnym ruchem ręki coś na kształt krzesła, czy taboretu stojące obok lady. Było umiejscowione tak, aby siadający mógł oprzeć się o ścianę i nie utracić kontaktu wzrokowego z właścicielem sklepu. Zajęłam wskazane miejsce dziękując krasnoludowi skinieniem głowy.
- Nuda Filiusie - odpowiedziałam w końcu. - I pusta kieszeń.
- Niestety muszę cię zmartwić. Ostatnio krucho ze zleceniodawcami.
- Ah to wielka szkoda - odparłam zakładając jedną nogę na drugą. - Jesteś pewien, że nic nie masz?
Informator pomyślał przez chwilę (zawsze śmiesznie przy tym wyglądał) i już otworzył usta, gdy przerwały mu otwierające się drzwi. Stanął w nich starszy mężczyzna o zasłoniętej kapturem twarzy. Moje próby niezauważalnego podejrzenia oblicza obcego nie były zbyt owocne, lecz odniosłam wrażenie, iż skądś jegomościa znałam. Nowy klient zauważył jednak moje ciekawskie spojrzenie.
- Czyżbym się panience spodobał, że tak się we mnie wpatruje? - na jego ustach cześciowo zasłoniętych siwą brodą zagościł jednoznaczny uśmieszek.
- Nie do mnie takie żarty, dziadku - odparłam tonem głosu ostrzegając obcego, że nie ze mną te numery.
Ten zrozumiał aluzję. Zwrócił się do Filiusa. Nie usłyszałam o co mu chodziło, gdyż bardziej zajęta byłam zdrapywaniem zaschniętej na rękawie krwi. Moją uwagę przykuł jednak dźwięk pełnej do granic możliwości sakiewki, z której klient wyciągnął parę monet. Po zakończeniu transakcji zabrał zakupiony przedmiot i spoglądając jeszcze na mnie ciekawie pożegnał się, po czym wyszedł. Wstałam z taboretu i mrucząc pod nosem pożegnanie krasnoludowi opuściłam sklep. Po chwili dyskretnego przeczesywania wzrokiem tłumu dostrzegłam przygarbioną, zakapturzoną postać. Zaczęłam przedzierać się w jej kierunku. Musiałam zdążyć przed odejściem celu w mniej ruchliwą uliczkę, lecz również uważać, żeby nie zwrócić na siebie jego uwagi. Poprawiłam swój kaptur i zbliżyłam się na odpowiednią odległość od staruszka. Gdy byłam wystarczająco blisko popchnęłam go delikatnie imitując własne potknięcie.
- Oj, przepraszam bardzo - powiedziałam, aby nie wzbudzić niczyich podejrzeń.
Po chwili szłam już w przeciwnym kierunku chowając swoją zdobycz przed potencjalnymi gapiami.
Królu? Zauważysz kradzież?
Ta piękna i wyszukana fraza zbudziła mnie z przyjemnego snu. Usiadłam na łóżku i przeciągnęłam się ziewając przy tym nieelegancko. Z trudem wyślizgnęłam się spod cieplej kołdry i poczłapałam do miski z wodą, która miała niezbyt zachęcającą, krwistoczerwoną barwę. Westchnęłam na jej widok po raz kolejny żałując, że odrzuciłam propozycję pewnego maga wody, który w zamian za drobną opłatę chciał mnie nauczyć zaklęcia oczyszczającego życiodajną ciecz. W samej koszuli nocnej wyszłam na korytarz, aby cudownym trafem spotkać syna właścicieli piekarni, tymczasowo służącej mi za noclegownię.
- Hej, młody! - zawołałam chłopaka. - Chcesz zarobić?
Młodzieniec pokonawszy swoją niechęć do mojej osoby podszedł bliżej zainteresowany. Wtedy wcisnęłam mu w ręce miskę z czerwoną cieczą.
- Przyniesiesz świeżą wodę? Dzięki.
I nie czekając na odpowiedź zamknęłam drzwi od pokoju. Posłaniec wrócił, a ja zdążyłam się w tym czasie wstępnie przyodziać.
- Co tak długo? - zapytałam z irytacją.
- Gdzie moja wypłata? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Za tak mozolne wykonanie zlecenia ci się nie należy.
- Co?!
- Żartuję - uległam błagalnemu spojrzeniu ogromnych brązowych oczu. - Łap.
Moneta z brzękiem upadła na drewnianą podłogę. Refleksu to chłopak nie miał. Gdy dokończyłam poranną toaletę i całkowicie się ubrałam opuściłam piekarnię, pozdrawiając przy tym jej właścicieli. Może i byłam zbirem, ale gościnę potrafiłam uszanować. Nawet jeśli była ona narzucona groźbami i ostrzem miecza przy gardle. Dostojnym krokiem zbliżałam się do centrum stolicy. Pora była dość wczesna, lecz i tak tłum był przytłaczający. Miało to jednak swoje plusy. Przechodząc obok straganu z owocami mogłam porwać jedno jabłko nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Zadowolona z udanego łupu szłam dalej w miedzy czasie pożerając zdobycz. Zdążyłam zjeść cały owoc zanim trafiłam do celu. Sklep z przeróżnymi dobrami, od tkanin, przez narzędzia na drobnej broni kończąc był prowadzony przez Filiusa. Krasnoluda bedącego rownocześnie pośrednikiem pomiędzy stołecznymi najemnikami, czy mordercami, a potencjalną klientelą.
- O! Witam panią Stark! - pomieszczenie wypełnił jego niski i donośny głos. - Co panią dziś do mnie sprowadza?
Zadając pytanie wskazał teatralnym ruchem ręki coś na kształt krzesła, czy taboretu stojące obok lady. Było umiejscowione tak, aby siadający mógł oprzeć się o ścianę i nie utracić kontaktu wzrokowego z właścicielem sklepu. Zajęłam wskazane miejsce dziękując krasnoludowi skinieniem głowy.
- Nuda Filiusie - odpowiedziałam w końcu. - I pusta kieszeń.
- Niestety muszę cię zmartwić. Ostatnio krucho ze zleceniodawcami.
- Ah to wielka szkoda - odparłam zakładając jedną nogę na drugą. - Jesteś pewien, że nic nie masz?
Informator pomyślał przez chwilę (zawsze śmiesznie przy tym wyglądał) i już otworzył usta, gdy przerwały mu otwierające się drzwi. Stanął w nich starszy mężczyzna o zasłoniętej kapturem twarzy. Moje próby niezauważalnego podejrzenia oblicza obcego nie były zbyt owocne, lecz odniosłam wrażenie, iż skądś jegomościa znałam. Nowy klient zauważył jednak moje ciekawskie spojrzenie.
- Czyżbym się panience spodobał, że tak się we mnie wpatruje? - na jego ustach cześciowo zasłoniętych siwą brodą zagościł jednoznaczny uśmieszek.
- Nie do mnie takie żarty, dziadku - odparłam tonem głosu ostrzegając obcego, że nie ze mną te numery.
Ten zrozumiał aluzję. Zwrócił się do Filiusa. Nie usłyszałam o co mu chodziło, gdyż bardziej zajęta byłam zdrapywaniem zaschniętej na rękawie krwi. Moją uwagę przykuł jednak dźwięk pełnej do granic możliwości sakiewki, z której klient wyciągnął parę monet. Po zakończeniu transakcji zabrał zakupiony przedmiot i spoglądając jeszcze na mnie ciekawie pożegnał się, po czym wyszedł. Wstałam z taboretu i mrucząc pod nosem pożegnanie krasnoludowi opuściłam sklep. Po chwili dyskretnego przeczesywania wzrokiem tłumu dostrzegłam przygarbioną, zakapturzoną postać. Zaczęłam przedzierać się w jej kierunku. Musiałam zdążyć przed odejściem celu w mniej ruchliwą uliczkę, lecz również uważać, żeby nie zwrócić na siebie jego uwagi. Poprawiłam swój kaptur i zbliżyłam się na odpowiednią odległość od staruszka. Gdy byłam wystarczająco blisko popchnęłam go delikatnie imitując własne potknięcie.
- Oj, przepraszam bardzo - powiedziałam, aby nie wzbudzić niczyich podejrzeń.
Po chwili szłam już w przeciwnym kierunku chowając swoją zdobycz przed potencjalnymi gapiami.
Królu? Zauważysz kradzież?
Miecz. Na plecach. Dla czego masz miecz na plecach? - Bo wiosło mi ukradli.
Imię: Falka (prawdziwe, smocze imię - Faykhan'shaevā czyt. /fajkhanshiwa/)
Nazwisko: Stark (przybrane, gdyż smoki nie mają nazwisk).
Przydomek: Jej pseudonim artystyczny to "Czarna Żmija". Nazwę zawdzięcza szybkim, bezszelestnym atakom i spokrewnionej z tymi zwierzętami rasie oraz czarnej zbroi.
Rasa: Smok wysokogórski.
Wiek: 141 lat (w przeliczeniu na ludzkie jest to mniej więcej 20).
Płeć: Samica.
Przynależność: Gildia mrocznego kruka
Stanowisko: Najemnik.
Religia: Pffft... Gardzi wszelkimi bóstwami.
Aparycja: Samym swoim wyglądem dziewczę to nie budzi zbytnio należytej grozy. Średniego wzrostu (166 cm), szczupła dziewczyna nie wydaje się zagrożeniem. Często jej przeciwnicy zmyleni drobną posturą nie biorą Falki na poważnie, za co zazwyczaj srogo płacą. Niezliczone godziny poświęcone na ćwiczenia zaskutkowały wysoce rozwiniętą muskulaturą. Oczywiście nadal nie dysponuje ona siłą dwumetrowego oprycha, lecz jej szybkość, zwinność i dokładność oraz potęga wykonywanych ostrzem ciosów dają jej znaczną przewagę w starciach z niedoświadczonymi wojownikami. Dziewczę to ma bladą cerę, która silnie kontrastuje z kruczoczarnymi, krótko przystrzyżonymi włosami. Na jej pociągłej twarzy widnieje para wielkich, bladoniebieskich oczu, których spojrzenie przypomina o jej zwierzęcym pochodzeniu. Smoczyca nie może pochwalić się kobiecymi atutami, gdyż Matka Natura hojną w tej kwestii nie była, lecz dziewczę nie czuje potrzeby podkreślania swojej kobiecości, a wszelką kokieterię uważa za hańbienie płci pięknej. Nie rzadko na pozornie delikatnym ciele Falki spoczywa ogromna ilość ran i siniaków, zaś niektóre pozostawiają blizny. Zazwyczaj ubiera się w czerń. Jej zbroja wykonana przez elfy jest zaskakująco lekka i niewymownie zgrabna dzięki czemu pozostawia właścicielce swobodę ruchów, bezszelestnie poruszanie się i kobiecą figurę. Nierzadko przykrywa ją długim płaszczem z kapturem. Swój ukochany miecz bastardowy nosi na plecach.
Jej smocza postać jest zdecydowanie bardziej zatrważająca. Osiąga długość niespełna dziesięciu metrów od czubka pyska do nasady ogona. Stojąc na ziemi, czyli opierając się poprzednimi kończynami o glebę sięga kłębem na wysokość mniej więcej trzech metrów. Skrzydła o rozpiętości około dwudziestu pięciu metrów pozwalają temu wielkiemu stworzeniu wzbić się z gracją w powietrze. Jej łuski są koloru czarnego, lecz w świetle słońca mienią się turkusowymi i krwistoczerwonymi barwami niczym pióra szpaka. Jej gadzie oczy o wąskiej za dnia, a okrągłej w mrokach nocy źrenicy są koloru dorodnego rubinu.
Zdolności: Przemiana w wielką, latającą i ziejącą ogniem bestię wyposażoną w zabójcze kły i szpony nie wystarczy? Falka też tak sądzi. Dlatego od paru dekad szkoli się w fechtunku, dzięki czemu walka mieczem bastardowym, rapierem, włócznią, czy sztyletem nie jest jej obca. Poza tym dziewczyna zna się odrobinę na magii, lecz opanowała tylko proste (przydatne w jej fachu) zaklęcia.
Zainteresowania: Falka kocha adrenalinę. Czy to dostarczaną przez walkę, ucieczkę przed strażą, czy zwykły lot w smoczej postaci. Większość czasu, jeśli nie na wypełnianie misji poświęca na trenowanie. Wbrew pozorom jest ona dość leniwa, co przejawia się w jej niechęci do wykonywania wszelkich nudnych jej zdaniem obowiązków. Czarnowłosa kocha przyrodę i zwierzęta. Często woli ich towarzystwo niż ludzkie. Lubi w samotności poleżeć w koronach drzew lub na skalnych półkach. Dziewczyna przykłada dużą wagę to edukacji. Czyta wiele książek i chłonie mniej lub bardziej potrzebną wiedzę.
Charakter: Falka to przedstawicielka smoka wysokogórskiego. Taki opis każdemu słyszącemu niegdyś o tych godzinach powinien wystarczyć. Jednak ze względu na to, że są persony nie znające tego gatunku postaram się jak najlepiej przybliżyć im osobowość dziewczyny. Jest to ta osoba, która wchodząc do karczmy "Pod Ostrogami" powoduje zamilknięcie wszelkiej szanującej swoje zdrowe i silne ciało duszy. Jedni przyglądają jej się jak żywej legendzie, inni patrzą przepełnieni pychą z zazdrością, zaś pozostali spoglądają wilkiem pełni nienawiści lecz i respektu dla Najemniczki. Wobec każdej obcej osoby Falka jest oschła, surowa i nieprzystępna, a zapytana odpowiada krótkimi, lakonicznymi i często przepełnionymi sarkazmem frazami. Jeśli zleceniodawca, bądź "kolega po fachu" ją znudzi lub nie odda należytego szacunku spotka się z dotkliwą pogardą. Zupełnie inaczej mają się jednak sprawy w przypadku wąskiego grona przyjaciół i znajomych smoczycy. W ich towarzystwie jest to wesoła, energiczna, głodna przygód i wrażeń, pewna siebie, uparta oraz nieco szalona buntowniczka, która jest w stanie oddać za towarzyszy naprawdę wiele. Ale biada temu, kto okaże się być fałszywym przyjacielem. Dziewczynę mimo jej zamiłowania do bijatyk nie jest łatwo sprowokować. Jest ona pogodna, lecz zawsze zachowuje dozę indywidualności, tajemniczości i opanowania. Podczas walki bądź wykonywania zadania zawsze zachowuje powagę i zimną krew mordercy, lecz w jej oczach widać czysto zwierzęcy zew krwi, który nie jednego wojownika przyprawia o gęsią skórkę.
Historia: Jak na smoka wysokogórskiego przystało, Falka, a właściwie Faykhan'shaevā urodziła się w górach. Ojca nie poznała, gdyż smoki te nie mają zwyczaju życia w rodzinach na całe życie. Matka, poniekąd zmuszona instynktem macierzyńskim, dobrze się nią opiekowała, do czasu, gdy małe smoczątko osiągnęło wiek 20 lat. Wtedy zostało wysłane w świat. Przez kilka kolejnych dekad Falka korzystała w pełni z bycia latająca gadziną i budziła strach w wieśniakach paląc ich plony, lub pożerając bydło. Z biegiem czasu ludzie zaczęli ją coraz bardziej interesować. Pewnego dnia poznała łowcę potworów, który dostał na nią zlecenie. Jednak on urzeczony jej pięknem i osobowością (ten gatunek smoka potrafi mówić w swojej prawdziwej postaci) postanowił zostawić ją przy życiu. Ba! Nawet zostali przyjaciółmi. Za jego namową młoda Faykhan'shaevā przybrała ludzką postać oraz nowe imię i razem zaczęli wędrować po świecie. Mężczyzna uczył smoczycę zarówno życia wśród ludzi, jak i walki bronią białą. W końcu oboje zostali Najemnikami, prężnie pnącymi się po szczeblach kariery. Jednak los chciał, że ów jedyny przyjaciel i zarazem mentor dziewczyny został złapany i powieszony za swoją przestępczą działalność. Od tamtego czasu Falka pracuje sama, a zarówno sława, jak i cena za jej głowę rośnie.
Partner: Poszukiwany, lecz o dobrego kandydata dzisiaj trudno... Wbrew wszelkim plotkom interesują ją wyłącznie mężczyźni.
Rodzina: Zna tylko matkę - Kidagakash i imię ojca (Ratonhnhaké:ton). Zważywszy na to, że oboje mają teraz mniej więcej 700 lat zapewne dziewczyna posiada przyrodnie rodzeństwo.
Towarzysz: -
Szczegóły:
~ Stara się jak tylko może, aby tego nie robić, lecz często gardzi wszelkimi, niebędącymi smokami, istotami. Uważa je za niegodne oglądania jej smoczej postaci.
~ Jest wybrednym najemnikiem. Jeśli zadanie jej nie zainteresuje, to go nie wykona. Pieniądze grają tu drugie skrzypce. Zazwyczaj ogranicza się do morderstw w pojedynkach, skrytobójstw, kradzieży i ochrony osób/rzeczy/budynków.
~ Lubi podróżować na końskim grzbiecie.
~ Dwa razy ledwo co uciekła przed stryczkiem (raz była nawet zamknięta w lochach pałacowych).
~ Jeśli ktoś jej szuka to najłatwiej będzie wybrać się do karczmy "Pod Ostrogami" i przeczekać parę dni, bądź tygodni, gdyż prędzej czy później będzie potrzebowała pieniędzy.
~ U smoków wysokogórskich samice są bardziej agresywne od samców, więc ci przy zalotach muszą zachować szczególną ostrożność.
Autor: Deus Ex Machina
Imię: Falka (prawdziwe, smocze imię
- Faykhan'shaevā czyt. /fajkhanshiwa/)
Nazwisko: Stark (przybrane, gdyż smoki nie mają nazwisk).
Przydomek: Jej pseudonim artystyczny to "Czarna Żmija". Nazwę zawdzięcza szybkim, bezszelestnym atakom i spokrewnionej z tymi zwierzętami rasie oraz czarnej zbroi.
Rasa: Smok wysokogórski.
Wiek: 141 lat (w przeliczeniu na ludzkie jest to mniej więcej 20).
Płeć: Samica.
Przynależność: Gildia mrocznego kruka
Stanowisko: Najemnik.
Religia: Pffft... Gardzi wszelkimi bóstwami.
Aparycja: Samym swoim wyglądem dziewczę to nie budzi zbytnio należytej grozy. Średniego wzrostu (166 cm), szczupła dziewczyna nie wydaje się zagrożeniem. Często jej przeciwnicy zmyleni drobną posturą nie biorą Falki na poważnie, za co zazwyczaj srogo płacą. Niezliczone godziny poświęcone na ćwiczenia zaskutkowały wysoce rozwiniętą muskulaturą. Oczywiście nadal nie dysponuje ona siłą dwumetrowego oprycha, lecz jej szybkość, zwinność i dokładność oraz potęga wykonywanych ostrzem ciosów dają jej znaczną przewagę w starciach z niedoświadczonymi wojownikami. Dziewczę to ma bladą cerę, która silnie kontrastuje z kruczoczarnymi, krótko przystrzyżonymi włosami. Na jej pociągłej twarzy widnieje para wielkich, bladoniebieskich oczu, których spojrzenie przypomina o jej zwierzęcym pochodzeniu. Smoczyca nie może pochwalić się kobiecymi atutami, gdyż Matka Natura hojną w tej kwestii nie była, lecz dziewczę nie czuje potrzeby podkreślania swojej kobiecości, a wszelką kokieterię uważa za hańbienie płci pięknej. Nie rzadko na pozornie delikatnym ciele Falki spoczywa ogromna ilość ran i siniaków, zaś niektóre pozostawiają blizny. Zazwyczaj ubiera się w czerń. Jej zbroja wykonana przez elfy jest zaskakująco lekka i niewymownie zgrabna dzięki czemu pozostawia właścicielce swobodę ruchów, bezszelestnie poruszanie się i kobiecą figurę. Nierzadko przykrywa ją długim płaszczem z kapturem. Swój ukochany miecz bastardowy nosi na plecach.
Jej smocza postać jest zdecydowanie bardziej zatrważająca. Osiąga długość niespełna dziesięciu metrów od czubka pyska do nasady ogona. Stojąc na ziemi, czyli opierając się poprzednimi kończynami o glebę sięga kłębem na wysokość mniej więcej trzech metrów. Skrzydła o rozpiętości około dwudziestu pięciu metrów pozwalają temu wielkiemu stworzeniu wzbić się z gracją w powietrze. Jej łuski są koloru czarnego, lecz w świetle słońca mienią się turkusowymi i krwistoczerwonymi barwami niczym pióra szpaka. Jej gadzie oczy o wąskiej za dnia, a okrągłej w mrokach nocy źrenicy są koloru dorodnego rubinu.
Zdolności: Przemiana w wielką, latającą i ziejącą ogniem bestię wyposażoną w zabójcze kły i szpony nie wystarczy? Falka też tak sądzi. Dlatego od paru dekad szkoli się w fechtunku, dzięki czemu walka mieczem bastardowym, rapierem, włócznią, czy sztyletem nie jest jej obca. Poza tym dziewczyna zna się odrobinę na magii, lecz opanowała tylko proste (przydatne w jej fachu) zaklęcia.
Zainteresowania: Falka kocha adrenalinę. Czy to dostarczaną przez walkę, ucieczkę przed strażą, czy zwykły lot w smoczej postaci. Większość czasu, jeśli nie na wypełnianie misji poświęca na trenowanie. Wbrew pozorom jest ona dość leniwa, co przejawia się w jej niechęci do wykonywania wszelkich nudnych jej zdaniem obowiązków. Czarnowłosa kocha przyrodę i zwierzęta. Często woli ich towarzystwo niż ludzkie. Lubi w samotności poleżeć w koronach drzew lub na skalnych półkach. Dziewczyna przykłada dużą wagę to edukacji. Czyta wiele książek i chłonie mniej lub bardziej potrzebną wiedzę.
Charakter: Falka to przedstawicielka smoka wysokogórskiego. Taki opis każdemu słyszącemu niegdyś o tych godzinach powinien wystarczyć. Jednak ze względu na to, że są persony nie znające tego gatunku postaram się jak najlepiej przybliżyć im osobowość dziewczyny. Jest to ta osoba, która wchodząc do karczmy "Pod Ostrogami" powoduje zamilknięcie wszelkiej szanującej swoje zdrowe i silne ciało duszy. Jedni przyglądają jej się jak żywej legendzie, inni patrzą przepełnieni pychą z zazdrością, zaś pozostali spoglądają wilkiem pełni nienawiści lecz i respektu dla Najemniczki. Wobec każdej obcej osoby Falka jest oschła, surowa i nieprzystępna, a zapytana odpowiada krótkimi, lakonicznymi i często przepełnionymi sarkazmem frazami. Jeśli zleceniodawca, bądź "kolega po fachu" ją znudzi lub nie odda należytego szacunku spotka się z dotkliwą pogardą. Zupełnie inaczej mają się jednak sprawy w przypadku wąskiego grona przyjaciół i znajomych smoczycy. W ich towarzystwie jest to wesoła, energiczna, głodna przygód i wrażeń, pewna siebie, uparta oraz nieco szalona buntowniczka, która jest w stanie oddać za towarzyszy naprawdę wiele. Ale biada temu, kto okaże się być fałszywym przyjacielem. Dziewczynę mimo jej zamiłowania do bijatyk nie jest łatwo sprowokować. Jest ona pogodna, lecz zawsze zachowuje dozę indywidualności, tajemniczości i opanowania. Podczas walki bądź wykonywania zadania zawsze zachowuje powagę i zimną krew mordercy, lecz w jej oczach widać czysto zwierzęcy zew krwi, który nie jednego wojownika przyprawia o gęsią skórkę.
Historia: Jak na smoka wysokogórskiego przystało, Falka, a właściwie Faykhan'shaevā urodziła się w górach. Ojca nie poznała, gdyż smoki te nie mają zwyczaju życia w rodzinach na całe życie. Matka, poniekąd zmuszona instynktem macierzyńskim, dobrze się nią opiekowała, do czasu, gdy małe smoczątko osiągnęło wiek 20 lat. Wtedy zostało wysłane w świat. Przez kilka kolejnych dekad Falka korzystała w pełni z bycia latająca gadziną i budziła strach w wieśniakach paląc ich plony, lub pożerając bydło. Z biegiem czasu ludzie zaczęli ją coraz bardziej interesować. Pewnego dnia poznała łowcę potworów, który dostał na nią zlecenie. Jednak on urzeczony jej pięknem i osobowością (ten gatunek smoka potrafi mówić w swojej prawdziwej postaci) postanowił zostawić ją przy życiu. Ba! Nawet zostali przyjaciółmi. Za jego namową młoda Faykhan'shaevā przybrała ludzką postać oraz nowe imię i razem zaczęli wędrować po świecie. Mężczyzna uczył smoczycę zarówno życia wśród ludzi, jak i walki bronią białą. W końcu oboje zostali Najemnikami, prężnie pnącymi się po szczeblach kariery. Jednak los chciał, że ów jedyny przyjaciel i zarazem mentor dziewczyny został złapany i powieszony za swoją przestępczą działalność. Od tamtego czasu Falka pracuje sama, a zarówno sława, jak i cena za jej głowę rośnie.
Partner: Poszukiwany, lecz o dobrego kandydata dzisiaj trudno... Wbrew wszelkim plotkom interesują ją wyłącznie mężczyźni.
Rodzina: Zna tylko matkę - Kidagakash i imię ojca (Ratonhnhaké:ton). Zważywszy na to, że oboje mają teraz mniej więcej 700 lat zapewne dziewczyna posiada przyrodnie rodzeństwo.
Towarzysz: -
Szczegóły:
~ Stara się jak tylko może, aby tego nie robić, lecz często gardzi wszelkimi, niebędącymi smokami, istotami. Uważa je za niegodne oglądania jej smoczej postaci.
~ Jest wybrednym najemnikiem. Jeśli zadanie jej nie zainteresuje, to go nie wykona. Pieniądze grają tu drugie skrzypce. Zazwyczaj ogranicza się do morderstw w pojedynkach, skrytobójstw, kradzieży i ochrony osób/rzeczy/budynków.
~ Lubi podróżować na końskim grzbiecie.
~ Dwa razy ledwo co uciekła przed stryczkiem (raz była nawet zamknięta w lochach pałacowych).
~ Jeśli ktoś jej szuka to najłatwiej będzie wybrać się do karczmy "Pod Ostrogami" i przeczekać parę dni, bądź tygodni, gdyż prędzej czy później będzie potrzebowała pieniędzy.
~ U smoków wysokogórskich samice są bardziej agresywne od samców, więc ci przy zalotach muszą zachować szczególną ostrożność.
Autor: Deus Ex Machina
Nazwisko: Stark (przybrane, gdyż smoki nie mają nazwisk).
Przydomek: Jej pseudonim artystyczny to "Czarna Żmija". Nazwę zawdzięcza szybkim, bezszelestnym atakom i spokrewnionej z tymi zwierzętami rasie oraz czarnej zbroi.
Rasa: Smok wysokogórski.
Wiek: 141 lat (w przeliczeniu na ludzkie jest to mniej więcej 20).
Płeć: Samica.
Przynależność: Gildia mrocznego kruka
Stanowisko: Najemnik.
Religia: Pffft... Gardzi wszelkimi bóstwami.
Aparycja: Samym swoim wyglądem dziewczę to nie budzi zbytnio należytej grozy. Średniego wzrostu (166 cm), szczupła dziewczyna nie wydaje się zagrożeniem. Często jej przeciwnicy zmyleni drobną posturą nie biorą Falki na poważnie, za co zazwyczaj srogo płacą. Niezliczone godziny poświęcone na ćwiczenia zaskutkowały wysoce rozwiniętą muskulaturą. Oczywiście nadal nie dysponuje ona siłą dwumetrowego oprycha, lecz jej szybkość, zwinność i dokładność oraz potęga wykonywanych ostrzem ciosów dają jej znaczną przewagę w starciach z niedoświadczonymi wojownikami. Dziewczę to ma bladą cerę, która silnie kontrastuje z kruczoczarnymi, krótko przystrzyżonymi włosami. Na jej pociągłej twarzy widnieje para wielkich, bladoniebieskich oczu, których spojrzenie przypomina o jej zwierzęcym pochodzeniu. Smoczyca nie może pochwalić się kobiecymi atutami, gdyż Matka Natura hojną w tej kwestii nie była, lecz dziewczę nie czuje potrzeby podkreślania swojej kobiecości, a wszelką kokieterię uważa za hańbienie płci pięknej. Nie rzadko na pozornie delikatnym ciele Falki spoczywa ogromna ilość ran i siniaków, zaś niektóre pozostawiają blizny. Zazwyczaj ubiera się w czerń. Jej zbroja wykonana przez elfy jest zaskakująco lekka i niewymownie zgrabna dzięki czemu pozostawia właścicielce swobodę ruchów, bezszelestnie poruszanie się i kobiecą figurę. Nierzadko przykrywa ją długim płaszczem z kapturem. Swój ukochany miecz bastardowy nosi na plecach.
Jej smocza postać jest zdecydowanie bardziej zatrważająca. Osiąga długość niespełna dziesięciu metrów od czubka pyska do nasady ogona. Stojąc na ziemi, czyli opierając się poprzednimi kończynami o glebę sięga kłębem na wysokość mniej więcej trzech metrów. Skrzydła o rozpiętości około dwudziestu pięciu metrów pozwalają temu wielkiemu stworzeniu wzbić się z gracją w powietrze. Jej łuski są koloru czarnego, lecz w świetle słońca mienią się turkusowymi i krwistoczerwonymi barwami niczym pióra szpaka. Jej gadzie oczy o wąskiej za dnia, a okrągłej w mrokach nocy źrenicy są koloru dorodnego rubinu.
Zdolności: Przemiana w wielką, latającą i ziejącą ogniem bestię wyposażoną w zabójcze kły i szpony nie wystarczy? Falka też tak sądzi. Dlatego od paru dekad szkoli się w fechtunku, dzięki czemu walka mieczem bastardowym, rapierem, włócznią, czy sztyletem nie jest jej obca. Poza tym dziewczyna zna się odrobinę na magii, lecz opanowała tylko proste (przydatne w jej fachu) zaklęcia.
Zainteresowania: Falka kocha adrenalinę. Czy to dostarczaną przez walkę, ucieczkę przed strażą, czy zwykły lot w smoczej postaci. Większość czasu, jeśli nie na wypełnianie misji poświęca na trenowanie. Wbrew pozorom jest ona dość leniwa, co przejawia się w jej niechęci do wykonywania wszelkich nudnych jej zdaniem obowiązków. Czarnowłosa kocha przyrodę i zwierzęta. Często woli ich towarzystwo niż ludzkie. Lubi w samotności poleżeć w koronach drzew lub na skalnych półkach. Dziewczyna przykłada dużą wagę to edukacji. Czyta wiele książek i chłonie mniej lub bardziej potrzebną wiedzę.
Charakter: Falka to przedstawicielka smoka wysokogórskiego. Taki opis każdemu słyszącemu niegdyś o tych godzinach powinien wystarczyć. Jednak ze względu na to, że są persony nie znające tego gatunku postaram się jak najlepiej przybliżyć im osobowość dziewczyny. Jest to ta osoba, która wchodząc do karczmy "Pod Ostrogami" powoduje zamilknięcie wszelkiej szanującej swoje zdrowe i silne ciało duszy. Jedni przyglądają jej się jak żywej legendzie, inni patrzą przepełnieni pychą z zazdrością, zaś pozostali spoglądają wilkiem pełni nienawiści lecz i respektu dla Najemniczki. Wobec każdej obcej osoby Falka jest oschła, surowa i nieprzystępna, a zapytana odpowiada krótkimi, lakonicznymi i często przepełnionymi sarkazmem frazami. Jeśli zleceniodawca, bądź "kolega po fachu" ją znudzi lub nie odda należytego szacunku spotka się z dotkliwą pogardą. Zupełnie inaczej mają się jednak sprawy w przypadku wąskiego grona przyjaciół i znajomych smoczycy. W ich towarzystwie jest to wesoła, energiczna, głodna przygód i wrażeń, pewna siebie, uparta oraz nieco szalona buntowniczka, która jest w stanie oddać za towarzyszy naprawdę wiele. Ale biada temu, kto okaże się być fałszywym przyjacielem. Dziewczynę mimo jej zamiłowania do bijatyk nie jest łatwo sprowokować. Jest ona pogodna, lecz zawsze zachowuje dozę indywidualności, tajemniczości i opanowania. Podczas walki bądź wykonywania zadania zawsze zachowuje powagę i zimną krew mordercy, lecz w jej oczach widać czysto zwierzęcy zew krwi, który nie jednego wojownika przyprawia o gęsią skórkę.
Historia: Jak na smoka wysokogórskiego przystało, Falka, a właściwie Faykhan'shaevā urodziła się w górach. Ojca nie poznała, gdyż smoki te nie mają zwyczaju życia w rodzinach na całe życie. Matka, poniekąd zmuszona instynktem macierzyńskim, dobrze się nią opiekowała, do czasu, gdy małe smoczątko osiągnęło wiek 20 lat. Wtedy zostało wysłane w świat. Przez kilka kolejnych dekad Falka korzystała w pełni z bycia latająca gadziną i budziła strach w wieśniakach paląc ich plony, lub pożerając bydło. Z biegiem czasu ludzie zaczęli ją coraz bardziej interesować. Pewnego dnia poznała łowcę potworów, który dostał na nią zlecenie. Jednak on urzeczony jej pięknem i osobowością (ten gatunek smoka potrafi mówić w swojej prawdziwej postaci) postanowił zostawić ją przy życiu. Ba! Nawet zostali przyjaciółmi. Za jego namową młoda Faykhan'shaevā przybrała ludzką postać oraz nowe imię i razem zaczęli wędrować po świecie. Mężczyzna uczył smoczycę zarówno życia wśród ludzi, jak i walki bronią białą. W końcu oboje zostali Najemnikami, prężnie pnącymi się po szczeblach kariery. Jednak los chciał, że ów jedyny przyjaciel i zarazem mentor dziewczyny został złapany i powieszony za swoją przestępczą działalność. Od tamtego czasu Falka pracuje sama, a zarówno sława, jak i cena za jej głowę rośnie.
Partner: Poszukiwany, lecz o dobrego kandydata dzisiaj trudno... Wbrew wszelkim plotkom interesują ją wyłącznie mężczyźni.
Rodzina: Zna tylko matkę - Kidagakash i imię ojca (Ratonhnhaké:ton). Zważywszy na to, że oboje mają teraz mniej więcej 700 lat zapewne dziewczyna posiada przyrodnie rodzeństwo.
Towarzysz: -
Szczegóły:
~ Stara się jak tylko może, aby tego nie robić, lecz często gardzi wszelkimi, niebędącymi smokami, istotami. Uważa je za niegodne oglądania jej smoczej postaci.
~ Jest wybrednym najemnikiem. Jeśli zadanie jej nie zainteresuje, to go nie wykona. Pieniądze grają tu drugie skrzypce. Zazwyczaj ogranicza się do morderstw w pojedynkach, skrytobójstw, kradzieży i ochrony osób/rzeczy/budynków.
~ Lubi podróżować na końskim grzbiecie.
~ Dwa razy ledwo co uciekła przed stryczkiem (raz była nawet zamknięta w lochach pałacowych).
~ Jeśli ktoś jej szuka to najłatwiej będzie wybrać się do karczmy "Pod Ostrogami" i przeczekać parę dni, bądź tygodni, gdyż prędzej czy później będzie potrzebowała pieniędzy.
~ U smoków wysokogórskich samice są bardziej agresywne od samców, więc ci przy zalotach muszą zachować szczególną ostrożność.
Autor: Deus Ex Machina
Subskrybuj:
Posty (Atom)
-
Inne Imię : Serkage (A właściwie - wedle rodzinnej tradycji - Serkage Asedian Nihivio XIV. Na szczęście nikt się tak do niego nie zw...
-
Inne Imię : Rhenawedd (zdrabniane na przeróżne sposoby: Rhen, Rhena, Nawe...jak kto woli. Pełne prawo do wymyślania nowych zdrobnień p...
-
Upał lał się z nieba niczym najbardziej zdradliwy deszcz. Pomimo zbliżającego się wieczoru, pogoda nie zamierzał nikomu odpuścić dziennej da...