Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rhenawedd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rhenawedd. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 maja 2017

Od Rhenawedd - Darmozjady

Upał lał się z nieba niczym najbardziej zdradliwy deszcz. Pomimo zbliżającego się wieczoru, pogoda nie zamierzał nikomu odpuścić dziennej dawki słońca, doskonale wiedząc, że trzecia część ludzkości wolała kryć się przed nim podczas skwarnego południa. Jadącemu pustym wozem rolnikowi pozostało dziękować, że szlak ku stolicy wiódł go przez leśne ostępy, gdzie drzewa nieugięcie walczyły z promieniami ognistej kuli. Zbójców nie miał się po co obawiać - ani on, ani wóz, ani ciągnąca go poczciwa szkapa nie posiadali niz wartościowego. Ponadto w tej części lasów nie odnotowano od dawna żadnego przypadku napaści na podróżnych, zarówno ze strony ludzi jak i zwierząt. Było tu pusto. Tylko śpiew ptaków dawał znać o istnieniu jakiegokolwiek życia.
Widok innych podróżnych raczej by mężczyzny nie zdziwił. W końcu nie tylko on miał tyle oleju w głowie, by wybrać stary szlak zmiast głównego traktu. Szczycił się co prawda sławą najkrótszej drogi do stolicy, lecz także zdecydowanie bardziej narażonego na bandytów, tłoki w pobliżach miast, a także, co za tym idzie, irytujące towarzystwo napuszonych mieszczan, nie będących jeszcze szlachtą, ale stojących wyżej od reszty, o czym nie zapomną ci przypomnieć co drugie zdanie. Mimo świadomości, że nie jest pierwszym ani ostatnim na tej drodze, w życiu nie spodziewałby się tak niecodziennej pary włóczęgów, na jaką trafił tamtego popołudnia...
Poboczem szedł wysoki mężczyzna, a obok niego pod rękę niższa o półtorej głowy kobieta. Pierwszym, co zwróciło uwagę były długie płaszcze z błyszczących piór, spływające niemal po ziemię z ramion nieznajomych. Na podobne pozwolić mogło sobie tylko zamożniejsze małżeństwo. Fakt ten nie nastawiał chłopa pozytywnie do spotkania. Gdy jednak zbliżył się trochę bardziej, dostrzegł dwa raczej istotne szczegóły: zdeformowane stopy z wysoką piętą, opatrzone ptaisimi pazurami, oraz długie, szpiczaste uszy, które zadrgały słysząc zbliżający się wóz. Para odwróciła się. Teraz miał już pewność, że nie byli to znani mu mieszczanie - raczej mało ludzi stroiło się w ptasie czaszki. Mężczyzna uśmiechnął się na widok wozu, powiedział coś do towarzyszki i zatrzymali się, czekając aż woźnica się z nimi zrówna. Rolnik doskonale rozumiał przekaz, podobna sytuacja spotkała go już niejednokrotnie. Zaraz zostanie poproszony o podwiezienie do stolicy. Rozważył więc za i przeciw towarzystwu ekscentrycznych włóczęgów, po czym stwierdził, że chyba nie mają w zamiarach mu zaszkodzić. Nie wypadało więc bez zatrzymania jechać dalej udając, iż nie dostrzegło się pary wystrojonych jak cyrkowcy nieludzi. Było to bynajmniej nieuprzejme.
- Dzień dobry, poczciwy człowieku! - przywitał się z uśmiechem nieznajomy. Czerwonowłosa kobieta zmierzyła go natomiast ognistym wzrokiem, nie wydawała się jednak nieufna. To była czysta ciekawość. Płonące tęczówki błyszczały ciepłem, nie groźbą pożaru.
- A bardzo dobry - odpowiedział woźnica przyjaźnie, zatrzymując się. Pogodna postawa tej dwójki napawała go dobrym przeczuciem. - Tak barwnych drogowskazów jeszcze na tym szlaku nie widziałem. Stoicie tu w jakimś celu?
- Spacer bez celu wydaje się zgoła korzystniejszą opcją, niż stanie również pozbawione sensu. W pierwszym przypadku przynajmniej się poruszamy naprzód, a to zawsze do czegoś prowadzi, nieprawdaż? - stwierdził ptakoczłowiek.
- A prawdaż - zgodził się chłop. - Gdzie więc prowadzi kogo i po co? - dodał, znacząco kiwając głową w stronę swojego rozmówcy.
- Pan wybaczy, zapomnieliśmy się...
Para ukłoniła się równocześnie, odchylając elegancko po jednej ręce na bok. Ku wielkiemu zaskoczeniu razem z nimi odchyliły się lekko domniemane ,,płaszcze”...okazując się skrzydłami. Mężczyzna posiadał prawe, kobieta lewe, jakby podkreślając dlaczego nie podróżują w pojedynkę. O skrzydlatych ludziach niejedno już przyszło prostemu rolnikowi usłyszeć, ale o ludziach posiadających tylko po jednym skrzydle? Mimo cisnącego się na usta głupiego pytania o brak drugiego postanowił się ugryźć w język. Nie miał zielonego pojęcia, czy według ich zwyczajów to obraźliwe czy nie, ale wolał nie ryzykować. Gdyby nie miał jednej nogi i ktoś na upór pytał co mu się stało, raczej szybko straciłby cierpliwość.
- Serkage Ossova... - przedstawił się mężczyzna.
- ...i Rhenawedd Ossova - dodała kobieta.
- Mnie zwą Sancho - odparł rolnik. - A niesie was...?
- Do stolicy, mości panie. Ten szlak chyba tylko w jedną stronę wiedzie - pośpieszył z wyjaśnieniami Serkage. - Celu zdradzić ci nie mogę, albowiem sam go nie znam. Następnego też znać nie będę.
- Czyli artyści? - odgadł Sancho.
- Och, czyli nie pierwszy raz pan to słyszy? - na twarzy Rhen zagościło rozbawienie. Kage chyba jej poglądu nie podzielał. Skrzywił się lekko, zakładając ręce na piersi i mruknął coś o braku oryginalności i kradnięciu cudzych pomysłów.
- Kursuję wtę i z powrotem właściwie co tydzień, pani Ossovo - odpowiedział chłop. - Do Munsontulso pełno wam podobnych ciągnie. Z tym, że oni nie zamierzają wracać, dobitnie przekonani o pewności swojego sukcesu, biedaki. Smutny ich los musiał spotkać.
- ,,Usiedlony artysta”... - Kage przemielił te dwa słowa między zębami.
- To samo w sobie brzmi smutno - Rhenawedd aż wzdrygnęła się lekko. Nie wyobrażała sobie występować w jednym miejscu dzień w dzień, przed tą samą publicznością, na tej samej scenie. Urok spotykania takiej samej widowni polegał na tym, że zdarzało się to rzadko. Jeśli by tak ktoś w ciągu jednego tygodnia widział wszystkie choreografie i usłyszał większość repertuaru, pokazy zrobiłyby się powtarzalne, a także (broń Luninie) nudne.
Sancho kiwnął głową w zupełności się z nią zgadzając, po czym obejrzał się na leniwie kierujące się ku zachodowi słońce. Na niebie pojawiły się jednak złowróżbne chmury, co nie było niczym niesamowitym, wszak to po największych upałach przychodziły najgorsze burze.
- Chyba nie przystanąłem tu, by gadać z wami o trudach twórczego fachu? - zauważył. - Jeśli tak to wybaczcie, ale dnia całego nie mam, a godzinę drogi stąd jest gospoda, w której muszę się zatrzymać na noc. Jutro z rana ruszam dalej, do Munsontulso. Jeśli więc macie w zamiarze rozwijać ten temat, obawiam się, że będziecie skazani na jazdę na wozie w towarzystwie okropnego dziada i szkapy.
- Dziękujemy z całego ptasiego serca, panie Sancho - Ossova pokłonił się, uznając słowa rolnika za przyzwolenie. Z łatwością wskoczył na wóz i podał dłoń ukochanej, która wsiadła za nim z równie wielką gracją.
Chłop cmoknął na klacz i wóz ruszył. Rhena swoim zwyczajem usiadła po prawej partnera. Avianin wręcz odruchowo rozłożył trochę skrzydło, zanim zdążyła oprzeć się o deski. Rzuciła mu pobłażliwe spojrzenie, ale tak jak zawsze spotkała się tylko z wzruszeniem ramion. Naprawdę nie potrzebowała wszędzie miękkiego oparcia jak księżniczka. To było niekonieczne...ale urocze. Po prostu nie miała serca narzekać na przesadną troskliwość.
- W czym się specjalizujecie, jeśli można zapytać? - zagaił po kilku minutach Sancho.
- Ja, mój drogi przyjacielu, jestem artystą słowa pisanego oraz głoszonego prozą i pieśnią. Rhen natomiast jest nieprzeciętną tancerką - odpowiedział Feniks. - Tak więc jedno z nas zabawia ucho, gdy drugie cieszy oko.
- Faktycznie żeście się dobrali - stwierdził mężczyzna. - Tak jak z tymi skrzydłami...to normalne czy...?
Kania parsknęła śmiechem. Domyślała się, że w końcu padnie to pytanie. Najwyraźniej dla ludzi posiadanie tylko jednego skrzydła było czymś niewyobrażalnym. Jakby się dłużej zastanowić, wątpliwości te nie były pozbawione sensu. W końcu skrzydeł używa się do niczego innego jak latania. Jeśli ptak nie lata, jego gatunek na przestrzeni lat skrzydła te powoli traci. Stają się szczątkowe, poszarpane, niezdatne do pierwotnego celu. Rhenawedd miała własne wytłumaczenie posiadania jednego, w pełni sprawnego skrzydła: skoro natura zabrała avianom jedno ze skrzydeł, po co miałaby jeszcze powoli niszczyć drugie? Toż to był by szczyt brutalności i sadyzmu, a to drugie pojęcie nie zwykło występować w przyrodzie zbyt często.
- To w naszej rasie zupełnie naturalne - wyjaśniła. - Jesteśmy avianami. Tak już u nas jest, że kobiety rodzą się z lewym skrzydłem, aby w przyszłości mogły znaleźć swoje prawe - partnera, z którym spędzą resztę życia.
- Ciekawe - przyznał jej rozmówca. - I imponujące. Ludzie mogliby wam pozazdrościć wierności, gdyby tylko nie mieszali jej z błotem. Dalej jednak nie widzę innego zastosowania dla pojedynczego skrzydła, poza tym waszym symbolicznym. Natura przecież niczego nie robi bez sensu...
Jak na zawołanie z poszarpanej chmury zaczęły spadać pierwsze krople. Po chwili deszcz padał już gęściej, sprawiając, że Sancho zaczynał już tęsknić za upałem. Westchnął pod nosem z lekka zirytowany kaprysami pogody. Nagle nad jego głową zawisło ciemnofioletowe skrzydło, skutecznie chroniąc jego głowę przed wodą. Obejrzał się na Kukułkę, która usiadła bliżej woźnicy, by móc do niego sięgnąć. Kobieta uśmiechnęła się w odpowiedzi. Jej partner, którego skrzydło miało nieco większe rozmiary, jakoś sięgnął nim nad siebie, żeby osłonić także ją.
Sancho uniósł brwi, ale nie umiał znaleźć żadnego komentarza. Odpowiedź była tak głupia, że aż oczywista. Nie miał już więcej pytań w temacie aviańskich skrzydeł.
Zajazd ,,Tańczący kundel” stał na rubieżach jakiejś bezimiennej wioski. Samego skupiska chat nie kojarzył nikt, jednak pytając się o ten mały przybytek, nietrudno było o kierunek. Gdy wóz Sancha wraz ze szkapą i dwójką avian tam dotarł, ulewa rozgorzała na dobre i nie zapowiadało się, by miała przestać przed ranem. Ossovom tym razem nie uśmiechało się zatrzymywanie na noc w lesie. Bez żadnej wymiany zdań jednogłośnie uzgodnili, że zostaną tutaj, a rano może Sancho jeszcze nie będzie miał ich dosyć i pojadą z nim dalej.
Sikorka nie przepadała za karczmami. Zwłaszcza tanimi, obskurnymi, gdzie sufit był stanowczo za nisko, muzykę zastępowała zbiorowa wrzawa, a powietrze dym fajek oraz zaduch alkoholu. Serkage doskonale znając swoją partnerkę zmierzył budynek równie podejrzliwym spojrzeniem i lekko szturchnął Rhen. Czerwonowłosa kiwnęła głową na znak, by się nie przejmował. Czcze gadanie - jej Słowik i tak będzie się o nią martwił, niezależnie od tego co sama sądzi. Jak ona o sobie nie myśli, to ktoś przecież powinien.
Gdy weszli za swoim woźnicą do środka, odetchnęła z ulgą. Gospoda była dwupoziomowa - pomieszczenie o kształcie prostokąta otaczała galeryjka pięterka, zapewne do pokoi gości. Sufit był więc wysoko, a obecna klientela aż niezdrowo cicha. Zamiast zaduchu panowała więc spięta atmosfera, wręcz przesiąknięta zrezygnowaniem oraz frustracją. Najwyraźniej deszcz działał na nerwy wszystkim zmuszonym do postoju podróżnym. Stojący za ladą właściciel zajazdu dostrzegł znajomego rolnika i uśmiechnął się szeroko.
- Sancho! - przywitał się. - Wspaniała pogoda, nie sądzisz?
- Owszem, doskonała - odparł nieco niemrawo chłop. - Dostawa na jutro gotowa?
- Tak, cztery beczki. Zgodnie z zamówieniem. Pomogę ci je rano załadować...
Reszty rozmowy Kukułka nie słuchała, zamiast tego rozglądając się po przestronnym wnętrzu. Goście siedzieli rozmawiając ze zrezygnowaniem lub bez celu gapiąc się w kufel. Było tak głucho, że kobieta mogła dosłyszeć bębniący o gruby dach deszcz. W pustym kącie, gdzie powinni stać muzycy, zostały same dudy i skrzypce, ale ich właścicieli brakowało. Po chwili i ich Rhen dostrzegła: siedzieli równie smętnie co ich instrumenty, przy stole niedaleko. Jeden bawił się pustym kubkiem, drugi turlał po stole smyczek, jakby chciał chciał zagrać i zarazem nie miał na to ochoty. Avianka szturchnęła towarzysza łokciem i wskazała na ponurych minstreli ruchem głowy.
- Ta cisza doprowadza mnie do szału - szepnęła. Mimowolnie nie podnosiła tonu głosu, jakby nie chcąc zaburzyć atmosfery.
- Mnie również - stwierdził Kage. Po chwili uśmiechnął się zbójecko. - Myślisz o tym samym co ja?
- Jak zawsze, skarbie. Czas zarobić na nocleg - Kania odpowiedziała identycznym uśmiechem i od razu pociągnęła Feniksa w stronę stołu.
Bez pytania dosiedli się do dwójki muzykantów. Mężczyźni podnieśli wzrok zaskoczeni.
- Co to za smętne miny? Nie wiedziałem, że deszcz aż tak szkodzi ludziom - zaczął wesoło Serkage.
- To wasze instrumenty? - zapytała Rhena.
Muzycy spojrzeli na nieszczęsne przedmioty i kiwnęli głowami.
- Chyba nie leżą tam dla ozdoby? Toż to zbrodnia porzucać instrument bez należnego potraktowania - zauważył Ossova.
- To nie takie proste, panie ptaku - odpowiedział w końcu dudziarz. - Obiecaliśmy tym ludziom dzisiaj występ taneczny. Ale trupa, którą wynajęliśmy, nie przyjechała.
- Pewnie deszcz ich nastraszył... - rzucił złośliwie skrzypek.
- Wszyscy się zleźli pomimo ulewy tylko po to, by sobie popatrzeć na łądny występ. A tu nici - jego towarzysz westchnął przeciągle. - Próbowalimy już grać, ale nas zbuczeli. Bez tancerzy nic nie zrobimy.
Kogut posłał Rhenawedd znaczące spojrzenie i uśmiechnął się do minstreli:
- Macie panowie tego samego wieczoru niebywałego pecha i równie niebywałe szczęście. Tak się doskonale składa, że ja i moja ukochana także pozbawieni jesteśmy tymczasowo roboty.
- Jesteście tancerzami? - w głosie skrzypka zabrzmiała nadzieja.
- I to nie byle jakimi! - zapewnił avianin. - Tutejsi zapewne nigdy jeszcze nie widzieli tańczących avian, a taki pokaz to nie byle co.
Mężczyźni spojrzeli po sobie pytająco. Dudziarz podrapał się po głowie w namyśle.
- No nie wiem... - powiedział. - Nie znamy swoich repertuarów, a z tamtymi już robiliśmy próby...
- To najmniejszy problem - odparła pewnie Sikorka. - Co to za artysta bojący się improwizacji? Zagrajcie tylko coś skocznego i się dopasujemy.
- Jak tak mówisz...niech wam będzie - zgodził się w końcu muzyk. - Zobaczymy co z tego wyjdzie...
- Najwyżej wywalą nas za próg - rzucił optymistycznie skrzypek.
- I to jest dobre podejście! - Kage klepnął chłopaka przyjacielsko w plecy. - Idźcie grać, a resztę zostawcie nam.
Muzykanci ruszyli więc w stronę swoich intrumentów. Podczas gdy dostrajali jeszcze na wszelki wypadek, para avian rozejrzała się za dobrym, widocznym miejscem mającym zastępować im scenę. Rhen bez dłuższego namysłu wskoczyła na pusty stół blisko środka sali. Gospodarz widząc to urwał rozmowę z Sanchem i już chciał kazać jej stamtąd zejść, ale Orzeł powstrzymał go, rzucając kilka słów wyjaśnienia. Po krótkiej wymianie zdań, właściciel lokalu niechętnie skinął głową. Przez ten czas coraz więcej osób gapiło się z zastanowieniem na łażącą po stole drobną kobietę. Kage usatysfakcjonowany dołączył do swojej partnerki.
- Co chciał? - spytała cicho.
- Upierał się, że to ,,lokal na poziomie” i że takie zachowanie jest niedopuszczalne - odparł krótko Słowik. - Ale gdy zaproponowałem, że zamiast płacenia za pokój możemy zastąpić zamówionych tancerzy, to w końcu odpuścił. I wyzwał nas przy tym od darmozjadów. - ukłonił się teatralnie, rozpoczynając występ.
- Pokażmy mu, że darmowy pokój jest wart występu - Rhenawedd uśmiechnęła się i dygnęła w odpowiedzi.
Muzycy trafnie uznając ukłony za umowny znak, zaczęli grać wesołą melodię. Melodia ostatecznie ściągnęła uwagę już wszystkich, przedzierając się przez długą ciszę. Teraz więc już cała gospoda patrzyła z wyczekiwaniem na parę niecodziennych tancerzy.

Kage? Showtime! :3

środa, 17 maja 2017

Jakże monotonne i nudne byłyby odgłosy lasu, gdyby prawo do śpiewania miało jedynie dziesięć najzdolniejszych ptaków...

Imię: Rhenawedd (zdrabniane na przeróżne sposoby: Rhen, Rhena, Nawe...jak kto woli. Pełne prawo do wymyślania nowych zdrobnień przypada jej partnerowi - mógłby się poczuć urażony, gdyby ktoś go wyręczył...)
Nazwisko: Ossova, z domu Drakkar.
Przydomek: Jak można się domyśleć już z pierwszego wrażenia, większość jej pseudonimów nawiązuje do różnych ras ptaków. Przez jej wzrost i nieco bardziej...,,agresywne podejście” (jak to nazywali współplemieńcy), dorobiła się drugiego imienia - Kania, po pewnym małym drapieżnym ptaku. Wielu jednak złośliwie nazywało ją Kukułką lub Sikorką. Oba przeziwska przypadły jej do gustu dopiero gdy Kage zaczął je pieszczotliwie używać.
Rasa: Avianka. W chłopskim języku ,,pół-człowiek pół-ptak”, czy też ,,opierzony humanoid”. Proszę nie mylić z harpią. Porównywanie tej egoistycznej, aczkolwiek pomimo wszystko inteligentnej rasy do drących się wiedźmowatych ludojadów raczej nie przysporzy ci przyjaciół ani z jednej, jak i drugiej rasy.
Wiek: 42 lata. Jak się można domyślić po wyglądzie Rhen (wskazującym bardziej na wczesną dwudziestkę), avianie starzeją się trochę wolniej od ludzi. Potrafią ich przeżyć niemal trzykrotnie.
Płeć: Kobieta
Przynależność: Gildia Błękitnych Ptaków (adekwatna nazwa)
Stanowisko: Kuglarka
Religia: Luinianizm. Stanowcza większość avian oddaje cześć Luninowi, jednak ich wyjątkowo luźne pojęcie wiary nieco różni się od Erdeńskiego, co nie robi z Kani wzorowej luinianki. Woli modlić się śpiewem niż ciszą.
Aparycja: Rhenawedd jest doskonałym dowodem na to, że pozory mogą mylić. Jest dosyć niską i na dobitkę drobną osóbką - większość osób z którymi rozmawia przerasta ją o głowę, nie wspominając już o ludziach faktycznie wysokich. Podnieść ją jest w stanie właściwie każdy, bo dziewczyna waży tyle, że chyba tylko pazury i refleks (oraz ręka Serkage) ratują ją przed porwaniem przy silniejszym wietrze. Ma to swoje zalety, zwłaszcza gdy jest się akrobatą. Posiada typowo dziewczęcą budowę ciała, z wąską talią, nieprzesadnym biustem i długimi nogami. Ostro zarysowane oczy i grzbiet nosa nadają Kani typowo ,,dzikiej” urody. Zwłaszcza te pierwsze wydają się zniechęcać wszelakich amantów. Wystarczy czasem jedno spojrzenie ognistych, błyszczących nieznanego pochodzenia podnieceniem oczu o cienkich źrenicach, by ostatecznie przekonać napastliwego typa, że Rhen to nie partia dla niego i mu podobnych. Na policzkach posiada symetryczne czerwone znamiona w kształcie ostro zakończonych łamanych kresek. Długie nieco poniżej łopatek mają identyczną barwę, jednak o nieco bardziej różanym odcieniu. Rozpuszczone dają wrażenie efektu pracy pijanego balwierza, ale Kukułkę nigdy specjalnie to nie obchodziło. I tak zawsze zaplata je w krótki warkocz, zakończony długim puszystym pędzlem. Długie, spiczaste szy, również tego samego koloru, posiadają jaśniejsze prążki i białe końcówki. Dziewczyna niemal zawsze nosi fioletowy kaptur z krótkim płaszczem i wyciętymi otworami na uszy. Nieodłącznym elementem jej stroju jest wisząca na prawym ramieniu rzeźbiona ptasia czaszka. O ile utratę niej samej zdołałaby przeżyć, o tyle chyba ucięłaby łeb każdemu kto poważyłby się skraść któreś z otaczających ją złotych piór. Otrzymała je od swojego partnera jako tradycyjny gest oddania, wiąże się więc z nimi więcej niż ładny wygląd. Zwyczajowy ubiór Rhen składa się z ciemno fioletowej tuniki, ukośnie rozciętej na udzie, pary ochronnych karwaszy na przedramionach oraz obcisłych spodniach kończących się gdzieś nad połową łydki. Nie nosi butów - żadne ludzkie obuwie nie pasuje na pazurzaste, podobne ptasim łapy, a nawet jeśli ktoś by się podobnego wyzwania podjął, dziewczyna i tak preferuje większą swobodę. Czymś, bez czego NIGDY nie zobaczysz Sikorki, jest spływający z lewego ramienia płaszcz ciemnych piór o fioletowym połysku, sięgający poniżej kolan. ,,Płaszcz” jest tu co prawda słowem umownym. Owe pióra to w rzeczywistości złożone skrzydło, od wewnątrz o dwa tony jaśniejsze. Jak każdy avian, Rhenawedd posiada jedno skrzydło, zgodnie z płcią lewe. Nie może oczywiście za jego pomocą latać, ale w żadnym wypadku nie narzeka. Skrzydło nie stanowi dla niej żadnego brzemienia, a czasem nawet bywa pomocne. Potrafi nim poruszać i rozłożyć je do pełnej okazałości. Mało rzeczy napawa ją podobną dumą, co widok rozdziawionych ust widowni, gdy chwali się nim podczas występów.
Zdolności: Skrzydło Kani stanowi właściwie trzecią rękę - przydaje się na przeróżne sposoby. Dzięki temu, że ewolucja nie pozbawiła avian całkowitej sprawności w skrzydłach, może posłużyć jej na wiele sposobów, zarówno w walce jak i życiu codziennym. Wyobraź sobie zawsze posiadać przy sobie nieprzemakalną osłonę czy samoistnie grzejący się koc. Potrafi posłużyć nawet jako pewna osłona w walce, ale to tak jakbyś zasłaniał się własnym przedramieniem, więc Rhen rozsądnie nie pcha się pod ostrzał ani nie próbuje parować ciosów mieczem. Ale może za to komuś nim porządnie przywalić. Najczęściej jednak skrzydło służy jej przy utrzymywaniu równowagi podczas akrobacji. Lata praktyki w tańcu nauczyły ją wykorzystywać swoją dumę także jako unikalny dodatek do repertuaru. Dzięki wyćwiczonym, płynnie zharmonizowanym ruchom skrzydła, hipnotyzujące falujące pióra dodają jej występom niezastąpionego efektu. Kobieta często nawet nie myśli o tym, że nim rusza - wzrusza nim równocześnie z ramionami, kłaniając się prostuje je lekko razem z wyciągniętą w bok lewą ręką, odruchowo lekko je rozkłada gdy się złości (wzorem puszących się ptaków, próbujących udawać większe niż są naprawdę). Ma nie najgorszy głos, chociaż śpiewać odważy się tylko w duecie. Chociaż to z zawodu kuglarka, nie jest bezbronna. Pomimo rozmiarów potrafi sobie poradzić w walce, a przynajmniej na tyle, by przeżyć i uciec (mordowanie wszystkiego wokół nie jest w jej stylu). Zna nawet jedną magiczną sztuczkę. Mianowicie potrafi zmienić swoje pióra w ostre jak brzytwa pociski. Nabierają wtedy jaskrawo różowej barwy i stają się twarde niczym kuta stal - idealne narzędzie do rzutu. Całe szczęście pióra Rhenawedd wystarczająco szybko odrastają, więc nie musi się przejmować ile z nich wykorzysta jako broń. Porusza się z nieludzką gracją i godną pozazdroszczenia lekkością. Z łatwością się wspina, a zachowanie równowagi nawet na dłuższy czas nie stanowi dla niej problemu, niezależnie od wysokości. Nawet ptak-nielot nie obawia się swojego żywiołu, zwłaszcza jeśli jest mistrzem poruszania się po dachach i koronach drzew.
Zainteresowania: Czym może się zajmować wędrowny kuglarz? Jako, że Sikorka stanowczą większość czasu spędza na plątaniu się ze swoim wybrankiem po traktach i miastach, jej zainteresowania nie mogą kolidować z raz obranym stylem życia. Spędza wiele czasu w towarzystwie zupełnie obcych jej osób, nic dziwnego więc, że za każdym razem ma okazję poznawać inne historie. Zawsze słucha ich z dziecięcą niemal fascynacją, chcąc jak najwięcej się dowiedzieć póki ma ku temu okazję. Poza tym zajmuje się głównie doszlifowywaniem swoich umiejętności: łazi na chorych wysokościach po wąskich belkach czy linach, żongluje lub rzuca piórami do celu. Będąc w miastach nietrudno ją znaleźć w otoczeniu dzieciaków, z ciekawością wypytujących ją o wszystko co tylko im przyjdzie do głowy. Lgnie do niej także wszelkie ptactwo. Zaskakująco lubi najzwyklejsze lenistwo. Wylegiwanie się na trawie czy gałęziach drzew, wsłuchując się w próby jej ukochanego Słowika mają swoją niepowtarzalną przyjemność, której nie potrafi sobie odmówić.
Charakter: ,,I w najmniejszym ciałku może bić lwie serce: dzikie, szlachetne i nie do złamania” - tym jednym zdaniem można by perfekcyjnie opisać Sikorkę. Patrząc na nią stanowcza większość ludzi uznaje kobietę za to, czym właściwie jest: drobną kuglarkę jakiejś dziwnej rasy, której w życiu nie widzieli na oczy. Kobieta jednak stanowi idealną przedstawicielkę słynnego stereotypu mówiącego, że im coś jest mniejsze, tym wyżej skacze. Rhen nie zwraca najmniejszej uwagi na swoje rozmiary. Jest niesamowicie odważna i pewna siebie. Ma swoją dumę, której nie pozwala obrażać. Kogoś lepiej ją znającego nie dziwi więc już widok niskiej avianki ciągnącej za ucho o głowę wyższego draba, który odważył się ją chwycić za tyłek jak byle ,,damę lekkich obyczajów”. W jej towarzystwie podobne sceny stają się wręcz rutyną, zwłaszcza, że Rhenawedd nie znosi grubiaństwa i będąc jego świadkiem ciężko ją powstrzymać przed wtrąceniem się. W takich sytuacjach odzywa się właśnie Kania sprzed trzydziestu lat, nie bojąca się splunąć w twarz komuś naprawdę nie zasługującemu na nic innego. Osobie okazującej prawdziwy szczyt chamstwa sama odwdzięczy się z nawiązką, bo skoro traktuje tak wszystkich wokół to najwyraźniej nie nawykł do innego traktowania. Działa to też w drugą stronę - imponuje jej odpowiednia kultura i na pewno zwróci raz okazany jej szacunek. Jest świetnie obeznana w etykiecie. Widać w niej wyraźny wpływ uporu rodziców, próbujących na siłę zrobić z Kukułki damę na miarę dworu królewskiego. Co poradzić? Zamiast ślicznej szczebiotliwej idiotki szczerzącej się do każdego faceta dostali równie śliczną lecz pyskatą babę, nie lubiącą gdy ktoś urąga jej inteligencji próbując ją wykorzystać. Dziewczyny nie idzie oszukać. Nie naciągniesz ją na kasę czy wygląd, bo Rhenawedd jest pewna, że w życiu zyskała już wszystko czego naprawdę potrzebowała, czyli wolność i miłość. Biada temu, kto spróbuje jej coś z tego bezcennego dobytku zabrać. Zamykanie jej w klatce (zarówno przysłowiowej jak i dosłownej) nie skończy się dobrze dla nikogo za to odpowiedzialnego. Jeszcze gorzej może potraktować tych, którzy odważą się coś zrobić jej ukochanemu lub któremukolwiek z jej przyjaciół (chociaż zamach na Kage to zupełnie osobna kategoria zemsty). Chociaż jest z reguły łagodną osobą, zagrożenie którejkolwiek z cenionych przez nią wartości może popchnąć ją do rzeczy, których potem będzie żałować. Kobieta nierzadko bierze na siebie stanowczo za duży ciężar. Gdy nikt inny nie wystąpi przed szereg by przejąć inicjatywę, prawdopodobnie zrobi to właśnie ona. Czuje się odpowiedzialna za to co kocha i nie boi się podjąć związane z tym ryzyko. Co za tym idzie, jeśli wszystko nie pójdzie po dobrej myśli, przyjmuje także wszelką winę. Nienawidzi samotności. O wiele pewniej czuje się mając świadomość, że ktoś ją wspiera, choćby i była to tylko jedna osoba na całym świecie. Lubi spędzać czas w towarzystwie. Chętnie wpycha się między choćby i zupełnie nieznajomych jej ludzi, jeśli tylko wyrażą zgodę na jej towarzystwo. Ta drobna osóbka wydaje się emanować pozytywną energią. Jej twarz przez większość czasu zdobi szczery, przyjemny uśmiech. Równocześnie widać w niej pewną dzikość, jakby w jej krwi pozostało nieco więcej dawnych avian niż dzisiejszych. W błyszczących jak wesołe ognisko oczach widać błysk zgrywusa, a zachowanie zaniepokojonej Rheny przywodzi na myśl przygotowanego do szybkiej ucieczki ptaka. Łatwo zdobywa cudze zaufanie, zwłaszcza dzieci. Gdyby była nieco lepiej wykształcona, mogłaby zostać świetną nauczycielką. Mimo wszystko nigdy nie narzeka na to, jak potoczyło się jej życie. Najwyraźniej pisane jej było bawienie najmłodszych jako podróżna kuglarka, a nie męczenie ich interpretacjami i recytacją. Jest nad wyraz opiekuńcza. Zdarza się, że traktuje innych jak nieświadome pisklęta, które potrzebują jej pomocy. Stanowczo za łatwo przywiązuje się do ludzi i zwierząt. Przez to każdy zawód boli ją jeszcze bardziej. Natura może i pożałowała jej siły fizycznej, ale psychicznej ma aż nad to. Ciężko doprowadzić ją do płaczu, jeszcze trudniej zmusić do ustąpienia swoich racji. Nigdy nie dałaby się nikomu złamać, gardzi też zdradą i kłamstwem (chociaż tego ostateniego sama się dopuszcza, jeśli jest do tego zmuszona). Avianka ma wielkie serce, które potrafi okazać nawet człowiekowi najgorszego sortu. Nie musi nawet prosić o pomoc - Rhen i tak się uprze i choćbyś się zapierał o drzwi w końcu będziesz musiał jej ustąpić. Pomogłaby całemu światu, gdyby tylko przyjął to z równą chęcią.
Historia: Matka Rhen zwykła mawiać, że życie niewiele różni się od bajki, którą słyszymy po raz pierwszy. Trzeba jednak pamiętać, iż to my ją opowiadamy i w większości musimy improwizować. Nie znamy jeszcze końca, a jedynie delikatnie go sobie zarysowujemy w tyle głowy. Niektórych czynników nie da się zaplanować. Mogą nam zrujnować wszystko i zniechęcić do dalszej opowieści...albo nadać jej żywszej barwy. Dobry bajarz nie narzeka, że ktoś mu się wcina w słowo dokładając do jego opowieści coś nowego, tylko kontynuuje z uwzględnieniem komentarza. Trzeba się umieć dostosować. Pewnych wyborów nie możemy cofnąć.
Życie Kani od pewnego momentu faktycznie przypomina jakąś typową romantyczną bajkę. I nie da się ukryć, że gdyby nie ona, byłoby zdecydowanie nudniejsze.
Urodziła się na zachód od Erden, w kraju, który już nie istnieje i domu, który najpewniej spłonął. Jej rodzinne miasto było darem od ludzi dla przyjaznych avian. Sporą część życia spędziła więc wśród swoich pobratymców. Była ósmym dzieckiem trzynastego pokolenia rodziny Drakkarów...czyli nie pisano jej najlepszej przyszłości wśród elit. Przez jakiś czas miewała z tego powodu kompleksy - spróbuj no wytrzymać w towarzystwie pięciu napuszonych pawich córek (matka by ją stłukła za takie słownictwo), mających na czele dwa równie zadufane indyki. Nie cierpiała swoich sióstr. Nie umiała się z nimi dogadywać, a starsi od reszty dwaj bracia byli wiecznie zajmowani przez ojca ,,tym, co przyda im się w życiu”. Miało to jeden zasadniczy plus: nie kontrolowano jej. Była pomijana, jakby niezauważana. Nic więc dziwnego, że najmniejsza i najmłodsza z Drakkarów okazała się tą najbardziej psotną i niegrzeczną. Uciekała z lekcji, przyjęć, czasem nawet nie przychodziła na rodzinne obiady, zamiast tego szwendając się po pobliskim lesie lub bawiąc z ludzkimi i nieludzkimi dzieciakami. Aż ciężko uwierzyć, że krnąbrna dziewczyna kradnąca jabłka z sadu sąsiadów i plująca z balkonu na siostry mogła wyrosnąć na inteligentną i odpowiedzialną kobietę...
Ojciec zwrócił na nią większą uwagę dopiero gdy nieco dorosła. Miał serdecznie dosyć jej wybryków. Próbował ją przekonać, że to dziecinne i jako jedna z jego córek powinna prezentować nieco lepszy poziom. Dwunastolatka tylko przewracała oczami podczas każdego z wykładów. W końcu jednak zamiast wykładów po prostu zaczęto jej pilnować. Skończyły się ucieczki, odrapane kolana i dłonie, liście we włosach, wesołe tańce na miejskich rynku do przygrywek minstreli, a zaczęły się lekcje, porządny makijaż, eleganckie stroje i przyjęcia. Chociaż wtedy bardzo na to wszystko narzekała, dzisiaj nie może przed sobą ukryć, że wszystko ostatecznie wpłynęło na nią pozytywnie. Zwłaszcza bale. To tam nauczyła się naprawdę tańczyć, tam pokochała muzykę...i przede wszystkim to właśnie na jednym z nich wpadła na Serkage Ossovę.
Złotopióry chłopak był od niej trzy lata starszy. Pochodził z rodziny od jakiegoś czasu skłóconej z Drakkarami (poszło o jakąś głupią ,,męską” sprawę, dziewczyna już nie pamięta jaką). Początkowo była przekonana, że to kolejny podsyłany jej przez ojca kawaler mający przekonać ją do znalezienia sobie wybranka. Jednak nazwisko Kage było wystarczającym dowodem na to, że rozmawiał z nią z własnej woli. Ciężko ująć w słowach, co Kukułka właściwie czuła w jego towarzystwie. Był o wiele weselszy od reszty sztywnego towarzystwa, nie obawiał się głośniej roześmiać, może czasem zachowywał się dosyć dziecinnie. Słowem, szybko znalazł z Kanią wspólny język. Na dodatek pięknie śpiewał (i uroczo strzygł uszami, ale takie szczegóły sobie podaruję). Jednak najbardziej urzekł ją fakt, że nie patrzył na nią jak na córkę Drakkarów i ,,dobrą partię”. Dla niego była po prostu Rhen.
Rodziców avianki pozytywnie zdziwiło jak często i chętnie wybierała się z nimi na przyjęcia. Ojciec uznał, że najwyraźniej w końcu zmądrzała. Matka jednak mając nosa do podobnych spraw zaczynała snuć podejrzenia. Za dobrze swoją córkę znała, by uwierzyć w niesamowitą przemianę. I nie myliła się: pewnego razu któraś z sióstr Rhenawedd doniosła ojcu, że widziała ją w towarzystwie Serkage i to już nie pierwszy raz. Sikorkę znowu czekały wywody, tym razem próbujące jej udowodnić, że rodzina Ossovów to ich najgorszy wróg, a ona powinna sobie znaleźć lepszego partnera. Gdy i to nie działało, po prostu zabronili jej pojawiać się na przyjęciach poza ich własnymi, gdzie żaden Ossova nie stawiał stopy. Rozwiązanie i tego problemu było dziecinnie proste. Ktoś bardziej spostrzegawczy zauważyłby, że odkąd z przyjęć zniknęła najmłodsza z Drakkarów, Serkage również przestał się tam pojawiać. Zabawne, że próby zrobienia z Rhenawedd idealnej damy popchnęły ją do ponownego wymykania się z domu. Wracała przed rodziną, zacierając wszelkie ślady razem z zaprzyjaźnioną służącą (która de facto miała ją przed czymś podobnym powstrzymywać) i po trzech latach sprawa jakby się zabliźniła.
Oboje kochanków marzyło o okazji do wspólnej ucieczki. Chcieli być razem bez żadnych obaw i czuć się z tego dumni. Jednak planowanie to jedno, a faktyczne działanie wymagało jednak nieco więcej niż chęci. Kto wie, czy kiedykolwiek Rhen odważyłaby się uciec, gdyby okoliczności ją do tego nie popchnęły.
Nie można było tego nazwać miłym zrządzeniem losu. Zrządzeniem losu - owszem, nawet pomocnym, ale na pewno nie miłym. W kraju doszło do rewolty. Do miast wpadali spragnieni krwi najemnicy, linczując i mordując wszystko co odstawało od ludzi w jakikolwiek sposób. Także i avian musiało to kiedyś dosięgnąć. Rhen nigdy nie zapomni widoku rannych, półmartwych niemal mieszańców ściągających do domu Drakkarów w poszukiwaniu pomocy. Inne rodziny również udzielały pomocy, ale same musiały myśleć o ucieczce w bardziej przyjazne strony. A Kania doskonale wiedziała komu powinna towarzyszyć.
Jej zniknięcia szybko nie zauważono - za dużo się wokół działo, by zwracać na nią większą uwagę. Mistrzyni ucieczek nie zmarnowała okazji i po raz ostatni już wymknęła się spod klosza rodziców. Reszta historii może już uchodzić za szczęśliwe zakończenie: uciekła bez szwanku razem ze swoim ukochanym i od tamtej pory podróżują razem od miasta do miasta, ciesząc ludzi występami, mając to, co najważniejsze - siebie nawzajem.
Ale przecież bajka nie dobiegła jeszcze końca. Rhenawedd jednak nie obawia się już zakończenia. Na pewno będzie piękne.
Partner: Serkage - jej niezastąpiony Orzeł obrońca i wdzięczny Słowik w jednym. Lepszego partnera nie mogłaby sobie wymarzyć.
Rodzina: Gdy uciekała z domu miała ojca, matkę, dwójkę braci i piątkę sióstr - wszyscy starsi od niej. W głębi serca żywi głęboką nadzieję, że nic im się nie stało i bezpiecznie uciekli. Równie mocno liczy na to, że już nigdy więcej ich nie spotka.
Towarzysz: Chętnie wzięłaby ze sobą każdego pierzastego przyjaciela, ale nie miałaby serca odebrać wolności czemukolwiek.
Szczegóły: - Panicznie boi się ciasnych przestrzeni. Już siedząc w pomieszczeniu o niskim stropie coś ją zaczyna ściskać w gardle. Zamknięcie jej w ciasnej klitce może grozić wydrapaniem oczu, gdy już stamtąd wyjdzie (albo już przy próbie zamknięcia).
- Nie lubi kotów. Niby durny przesąd, ale po prostu ich nie lubi. Nawet inne kotowate rasy mogą budzić w niej niepokój.
- Pływanie również nie napawa jej entuzjazmem. Nie chodzi tu o hydrofobię. Po prostu rozsądek Rheny nie uznaje wskakiwanie do wody głębszej niż po pas za genialny pomysł. Każdego wytykającego jej to człowieka najchętniej wsadziłaby w kolczugę i kazała przepłynąć na drugą stronę Tut Sonsut - niech się poczuje jak ciężki od mokrych piór avianin.
- Ostatnim z lęków Kukułki jest strach przed samotnością. Nie jest on tak zaawansowany jak jej klaustrofobia, ale na tyle rozwinięty, by obawiała się zasypiać bez czyjejś obecności w pobliżu. Odkąd może bezkarnie wtulać nos w skrzydło Kage, problem właściwie nie występuje. Gdy jednak i jej osobistej poduszki brakuje (o zgrozo), na pewno w środku nocy przypląta się do którejś ze znajomych jej osób, z iście dziecinnym zapytaniem ,,Mogę tu spać?”.
- Gdy jest zadowolona, mimowolnie strzyże uszami. Nie umie jednak tego robić na zawołanie, co uznaje za okrutną niesprawiedliwość. Nietrudno też poznać, że zaczyna tracić cierpliwość - drga jej przy tym lewe ucho, jakby przelatywała obok niego wyjątkowo upierdliwa mucha. Tego niestety również nie kontroluje.
Autor: RedRidingHood